preloader
Pliki cookie pomagają nam udostępniać nasze usługi. Korzystając z tych usług, zgadzasz się na użycie plików cookie. Więcej informacji
Urząd Gminy Łączna

To już ostatnia część naszego cyklu spotkań z p. Jackiem Słowakiem. Ostatnia, ale jakże przejmująca. Zapraszamy w  "Podróż z pasją" do najbiedniejszego kontynentu na świacie.  Przypominamy, że wszystkie części naszych podróży można przeczytać w zakładce Podróże Pana Jacka Słowaka ( prawa kolumna na stronie głównej laczna.pl)

Dookoła Afryki

Podróżowanie dla mnie już nigdy nie będzie takie samo. Żadna poprzednia podróż, nie wpłynęła na moje postrzegania świata, tak mocno jak podróż dookoła Afryki.
Niespełna rok temu, uzbrojeni po zęby w samochód, dobre emocje i ekwipunek wyjechaliśmy z kraju. Był 26 grudnia 2017 roku. Jadąc w kierunku Cieśniny Gibraltarskiej, która oddziela Europę od Afryki, nie mieliśmy pojęcia, czego możemy się spodziewać po tym kontynencie. Oczywiście przygotowując się do wyjazdu staraliśmy się dotrzeć do każdego możliwego źródła. Czytaliśmy przewodniki i relacje, oglądaliśmy vlogi, a przede wszystkim próbowaliśmy zaczerpnąć informacji bezpośrednio od osób, które zwiedziły chociaż część tego kontynentu. Mówię w liczbie mnogiej, ponieważ w te nieznane rejony wyruszyłem z moimi trzema przyjaciółmi: Szymonem, Ludwikiem i Wojtkiem. Wojtek odpowiadał w naszej ekipie za przygotowanie wyprawy pod kątem logistycznym. Dbał o to, żebyśmy zabrali wszystko co niezbędne i mieli przygotowane mapy. Ludwik odpowiadał za promocję naszego wyjazdu i za to, żebyśmy z wyjazdu przywieźli jak najbogatszy materiał zdjęciowy oraz filmowy. Szymon natomiast wziął na swoje barki to, co było najważniejsze, czyli przygotowanie samochodu. Z tej ekipy, z różnych powodów losowych, do końca był ze mną tylko Szymon, za co będę mu dozgonnie wdzięczny.
Wyprawa początkowo miała być podzielona na dwa etapy. Pierwszy etap, zachodnią stroną Afryki, rozpoczynał się w Maroko i kończył w RPA. Natomiast trasa drugiego, wschodniego etapu, zaplanowana była od RPA, aż do Egiptu. Gdzieś z tyłu mojej głowy cały czas tkwił pomysł na to, aby przejechać również część północną, jednak początkowo pozostawało to w sferach szalonych pomysłów i marzeń. Wiedziałem, że jest to praktycznie niemożliwe do zrobienia, a przede wszystkim nie znając dobrze tego kontynentu, nie chciałem porywać się z motyką na słońce. Cały czas starałem się o wizę do Libii do której mimo moich bardzo dobrych znajomości w tym kraju nie udało mi się jej dostać. Jak przejechać Libię bez wizy, jak przedostać się z Algierii do Maroka skoro granica jest zamknięta między tymi państwami? To były pytania, na które nie potrafiłem przez bardzo długi czas znaleźć odpowiedzi. Dla tego trzeci etap od Kairu do Tangeru w Maroko był przez długi czas nie osiągalny. Im bliżej było dnia wyjazdu, tym bardziej narastał w nas wszystkich stres. Co chwilę analizowaliśmy krok po kroku, czy wszystko mamy przygotowane i czy jest coś jeszcze co możemy zrobić, żebyśmy byli w pełni gotowi. Po roku przygotowań nastał wreszcie ten długo wyczekiwany moment. W mojej głowie kłębiło się miliony myśli na temat tego, czy samochód da sobie radę, jak będą wyglądały drogi, które zastaniemy na Czarnym lądzie, a przede wszystkim czy uda nam się uniknąć chorób tropikalnych. To ostatnie było dla mnie bardzo ważne. Nie chodziło o strach, że sam zachoruje. Z moich wcześniejszych podróży doskonale wiedziałem, jakie są ich skutki i może przyjść mi po raz kolejny przeżyć.

Zastanawiałem się, czy wytrzyma to ekipa, która zadecydowała się ze mną wyjechać, a dla której widmo tych chorób było dotychczas jedynie mrzonką.
Znam tych ludzi bardzo dobrze, ale pierwszy raz w życiu stanęli przed decyzją wyjazdu w tak długą podróż i w dodatku się na nią zdecydowali. Wiedząc doskonale, że to ja byłem zapalnikiem do decyzji jaką podjęli, nie mogłem przestać myśleć o odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo. A jeżeli coś się stanie? Co wtedy? To wszystko kotłowało się w mojej głowie już od dłuższego czasu... Jednak udało się! Mimo wielu przeszkód dopięliśmy swego, a dzisiaj, praktycznie po roku od początku naszej wyprawy, projekt dobiegł końca. Teraz liżąc rany, doszedłem już do siebie na tyle, żeby krótko podsumować całą wyprawę.
Po prawie 200 dniach Afrykańskiej tułaczki, 21 października 2018 roku dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy blisko 40 000 km i odwiedziliśmy 31 krajów. W tym czasie zużyliśmy 12 opon, zniszczyliśmy 8 par butów, a nasze paszporty wzbogaciły się o 92 pieczątki. Zaliczyliśmy 5 wizyt w szpitalu, a temperatury, które nas otaczały wahały się od -2 do +51 stopni Celsjusza.
Największą część naszej podróży przebyliśmy razem z naszą „Czarną panterą”, bo tak nazwaliśmy naszego Mercedesa Sprintera z 1999 roku. Dopiero w Sudanie zmuszeni byliśmy zmienić środek transportu i ze względu na biurokrację oraz trudności jakie mogły nas napotkać, dalej podróżować autostopem od Chartumu w Sudanie gdzie zostawiliśmy auto. Spakowaliśmy plecaki w najbardziej potrzebne rzeczy i poszliśmy dalej na piechotę .I właśnie wtedy poznani ludzie naprowadzili nas na sposób jak przedostać się przez Libię nie mając wizy i jak można przekroczyć granice Algierii z Marokiem. Wtedy zrozumiałem, że jest szansa zamknięcia koła afrykańskiego i objechania Afryki dookoła. Długo rozmawialiśmy z Szymonem nad całą trasą ostatniego etapu i czy zagrożenia jakie mogą nas spotkać są tego warte. Postanowiliśmy, że jednak spróbujemy.
Samochód nasz był bardzo charakterystyczny i przyciągający uwagę, przez co zawsze przyciągał do siebie mnóstwo okolicznych mieszkańców, a czasami niestety i kłopoty.
Jednym z najgorszych przeżyć była granica Sudanu z Egiptem. Jestem pewny, że zapamiętam ją na długo. Moment, w którym usłyszałem, że nie wjedziemy do Egiptu tym samochodem i musimy wracać do Sudanu... To jak pociemniało mi w oczach... Wiedziałem, że wszystkie państwa ościenne odmówiły nam wydania wiz wjazdowych. Spędziliśmy kilkanaście dni w Sudanie, kilka dni bez pieniędzy picia i jedzenia. W państwie tym nie działają żadne europejskie karty bankomatowe, na co chcę zwrócić uwagę wszystkim podróżującym po tym kraju. Odwiedziliśmy wiele państw afrykańskich, poznając przy okazji wspaniałych ludzi oraz przekonaliśmy się, jak żyją rdzenni mieszkańcy Afryki. Żeby poznać tych ludzi i ich potrzeby czy pragnienia, trzeba z nimi przebywać, rozmawiać, jeść wspólne posiłki. Dopiero wtedy się otwierają i opowiadają o sobie i swoim życiu.
Jednym z ciekawszych spotkań, które szczególnie utknęły mi w głowie, było poznanie „Baby”. Spotkaliśmy go w środkowej Mali, w krainie Dogonów, kiedy szukaliśmy anglojęzycznego, lokalnego przewodnika. Nasze pierwsze spotkanie nie wróżyło, abyśmy poznali się bliżej. Mieliśmy wrażenie, że ten wyróżniający się z tłumu, mężczyzna koło 40 i ubrany jak pustynny raper, jest pod wpływem jakichś środków odurzających. Więc po wymianie kilku uprzejmościowych zdań udaliśmy się w dalsze poszukiwania. Jak się jednak okazał, był to jedyny, mówiący po angielsku mieszkaniec tej wioski. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak dziękować zrządzeniu losu, że tak się stało. „Baba” okazał się fascynującym i inteligentnym człowiekiem o wielkim sercu. Dzięki niemu już chyba nigdy, nikt z nas, nie będzie oceniał książki po okładce. W trakcie naszego wspólnego podróżowania przez kraj Dogonów opowiedział nam wiele fascynujących historii m.in. o swoim kraju i jego polityce. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu wyjaśnił nam, dlaczego lokalni mieszkańcy szanują Państwo Islamskie. Z ich punktu widzenia rząd to abstrakcyjny twór, z którym mają styczność tylko jak przychodzi do płacenia podatków. W zamian oczywiście oferują drogi, szkoły i nowe miejsca pracy. Jednak żadna z tych rzeczy nie interesuje mieszkańców tamtejszych okolic. Oni są rolnikami, szkołę mają dzięki funduszom Francji, a dróg praktycznie tam nie ma. „Baba” jednak, mimo że sam jest wyznawcą Islamu, nie podziela tej opinii. Wie doskonale, że gdyby nie rząd, to zapanowała by anarchia, a to nie przyniosłoby nic dobrego. Na koniec zabrał nas do swojej rodziny i zaprosił byśmy koniecznie odwiedzili go ponownie. Do tej pory mamy z nim stały kontakt przez internet.
Za każdym razem, gdy z kimś rozmawiam słyszę pytanie o tym, co nas najbardziej zachwyciło lub zaintrygowało w Afryce. To, co przeżyliśmy i tak zapewne wróci do nas za jakiś czas ze zdwojoną siłą. Na ten moment ciężko jest mówić o tym, co najbardziej zapadło nam w pamięć, bo historii, które ze sobą przywieźliśmy jest mnóstwo, a każdy z nas wrócił w jakimś stopniu odmieniony. Spotkało nas wiele chwil radości, ale również załamania. Były momenty, w których myśleliśmy o wycofaniu się, a przede wszystkim nasze pobyty w szpitalach, które wykańczały nas od środka i w dodatku do granic możliwości. Podczas jednego roku miałem trzy razy malarie i raz dengę.
Dla mnie jednak nie to wszystko było największym problemem podczas tej podróży. Do wysokiej gorączki można się przyzwyczaić, po pewnym czasie człowiek traci świadomość i obojętnieje, dreszcze malaryczne też można wytrzymać. Bóle stawów, obdarte ciało, zakrwawione i zranione nogi, robaki w ranach. To dalej nic takiego... Najgorsze jest to, gdy człowiek jest świadomy i widzi otaczającą go ogromną biedę, gdzie dzieci leżą na ulicach, błagają o jedzenie. Gdy ojciec za dwa papierosy oddaje mi własne dziecko i znika bez śladu a kobieta zjada wyrzuconą przeze mnie na ulicę skórkę od banana. To wszystko mnie zwyczajnie przerosło.
Widziałem już wiele rzeczy na świecie. Być może niewielu z Was jeszcze tego nie wie, ale odwiedziłem naprawdę wiele krajów. Na ten moment jest ich przeszło 150 i dotąd myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. Jednak bardzo się myliłem! Nie mogę patrzeć na biedę, głód drugiego człowieka, smutne oczy dzieci i błagające spojrzenia ich matek proszących o jedzenie dla swoich pociech. Wyjeżdżając z Polski miałem na celu objechać dookoła całą Afrykę. Pragnąłem być pierwszym Polakiem, który tego dokona, a zarazem jednym z pierwszych ludzi na świecie, który zamknie tak zwaną pętle Afrykańską - od Tangeru w Maroko dojechać ponownie do Tangeru. Dzisiaj już wiem, jakim byłem strasznym egoistą. Te wszystkie wyniki nie mają już dla mnie żadnego większego znaczenia. Na każdej dotychczasowej wyprawie, a organizuję je już od 25 lat, zawsze wśród nas pojawiały się jakieś plany na następne wyjazdy. Ale nie tym razem! Teraz po powrocie nasza uwaga jest skupiona zupełnie na czymś innym. Najważniejsze jest to, w jaki sposób mogę i będę pomagał innym ludziom w Afryce. Mam nadzieję, że świat się obudzi i przypomni sobie o tym zapomnianym kontynencie. Ludzie, którzy nam pomagali prosili o jedno. Jacek wróć do swojej Europy zdrowy i opowiadaj wszędzie jak my tu żyjemy!
Na koniec chciałbym podziękować Wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego, że udało nam się przejechać i po części przejść tę trudną drogę. Przede wszystkim chcę podziękować mojemu towarzyszowi podróży - Szymonowi Flakowi. Wielkiemu, wspaniałemu człowiekowi o wrażliwym, niespotykanie dobrym sercu, dużej tolerancji dla siebie i innych ludzi i jeszcze większej sile charakteru. Chcę również podziękować wszystkim moim studentom ze Społecznej Akademii Nauk, którzy byli przez cały czas z nami podczas tej wyprawy.
I to właśnie Wy młodzi ludzie pamiętajcie, że są ludzie na świecie, którzy potrzebują naszej pomocy.

Dziś zabieramy w podróż do Malezji

BATU, KUALA LUMPUR 
Do Batu Caves trafiliśmy akurat wtedy, kiedy miało miejsce jedno z największych świąt hinduistycznych - Thaipusam, co oznacza że ściągały tam (dosłownie) miliony pielgrzymów, by przez trzy dni świętować.
Batu Caves to położony 13 kilometrów na północ od Kuala Lumpur kompleks skalnych jaskiń, a w jednej z nich znajduje się święte dla wyznawców hinduizmu miejsce - najpopularniejsza hinduska świątynia leżąca poza Indiami. Poświęcona jest bóstwu Muruganowi - przed wejściem do niej stoi największy na świecie pokryty złotem posąg bożka (mierzy prawie 43 metry). Nieopodal porozkładane są stragany i restauracje oferujące indyjskie jedzenie. Za olbrzymią statuą znajdują się liczące 272 stopni schody prowadzące do Temple Cave, gdzie wchodzących wita kolejny, mniejszy już posąg siedzącego Murugana. Świątynia zwieńczona sufitem w kształcie kopuły imponuje wielkością. Na ścianach widnieją malowidła rodzajowe, odtwarzające sceny opisane w starożytnych hinduskich pismach. Wchodząc po schodach trzeba być bardzo uważnym z powodu makaków - niezwykle wścibskich małp, które nie znają strachu przed ludźmi i podchodzą bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki, po czym niespodziewanie atakują, wyrywając z rąk aparaty, butelki z napojami, plastikowe torby z jedzeniem. Jakby tego było mało, atakom często towarzyszą bolesne ugryzienia. Wzdłuż schodów punkty odpoczynku pozwalają zatrzymać się i podziwiać panoramę Kuala Lumpur, widać stąd m.in. słynne z filmu o Jamesie Bondzie wieże Petronas Tower. Na 204 stopniu wielkich schodów znajduje się Ciemna Jaskinia, którą można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Tamtego styczniowego dnia jednak nie było mowy o zwiedzaniu - na czas święta wprowadzono zakaz. Pod jaskiniami Batu Caves stało kilkadziesiąt autobusów. Pozwoliliśmy, by porwał nas tłum płynący w stronę świątyni. Ludzie ubrani w kolorowe szaty śpiewali pieśni, część z nich szła tańcząc, inni mruczeli ciągle pod nosem jakieś modlitwy. Kobiety niosły na głowach dzbany. Wielu spośród pielgrzymów okaleczało się przebijając twarze szpikulcami, a nad głowami nieśli przymocowane do ciała za pomocą zmyślnych rusztowań specjalne modlitewne platformy. To jednak nie wszystko. Podobnie jak w Indiach, tak i tutaj spotkaliśmy się ze zwyczajem wbijania haków w ciało, a na hakach zawieszone limonki, pomarańcze, cytryny, kwiaty, jabłka, dzwoneczki. Wysiłek wypisany na wykrzywionych twarzach pątników wskazywał na to, że dźwigali na sobie po kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kilogramów. Dodatkowo popisywali się przed widownią. W takim upale ocierało się to o szaleństwo. Skakali, tańczyli, wirowali potrząsając zawieszonymi na hakach owocami w rytm wybijany przez idących obok bębniarzy. Jakby pogrążeni w dziwnym transie. Jedni wykazywali nadzwyczajne pobudzenie, inni wyglądali jakby za chwilę mieli zemdleć i szli podtrzymywani przez kolegów. Niektórzy szli na kolanach. Przypominało to stan jakiegoś odurzenia. Tłumy pielgrzymów i procesje z hakami z każdą kolejną godziną nie malały. Wręcz przeciwnie, im bardziej wzmagał się słoneczny żar, tym intensywniejszy wydawał się być trans pątników, którzy non stop zdążali ku jaskiniom. Powietrze przesycone było słodkim zapachem owoców, kwiatów i kadzidełek. Wszędzie tłumy wirujących dziewcząt i mężczyzn. Kręcili się i schylali rozrzucając nad sobą to farby, to kolorowe bibułki przypominające konfetti. Mężczyźni ciągnięci na sznurkach przyczepionych do haków wbitych w ciało. Bębny przekrzykiwały się z trąbkami, a z głośników rozmieszczonych na słupie próbowała to przebić głośna indyjska muzyka. W głowie tłucze się pytanie "O co w tym wszystkim chodzi?". Nie ulega wątpliwości, że jest to element hinduskiej kultury. Poprzez zadawanie sobie bólu i cierpienie wyznawcy hinduizmu manifestują swoje oddanie bogu. Ciężary, które niosą, to tzw. kavadi. W dzbanach, które widzieliśmy na głowach kobiet było mleko. A przypominające ołtarzyki konstrukcje mocowane na głowach niektórych pielgrzymów są formą modlitwy. Thaipusan poświęcone jest narodzinom Murugana, który jest bożkiem wojny. Hindusi wierzą, że to magiczne święto, czego dowodem ma być brak krwi i blizn po okaleczeniach. Wierni idą boso, pokonując ok. 15 kilometrową trasę ze świątyni Sri Maha Mariamman w Kuala Lumpur. Miesiąc wcześniej pielgrzymi przechodzą na dietę wegetariańską, a kilka dni przed Thaipusam na ścisły post. Zwieńczeniem pielgrzymki jest złożenie ofiary w skalnej świątyni i modlitwa.
Choć spędziliśmy w Batu Caves jeden dzień, to o zawrót głowy było nietrudno, lecz warto było być świadkiem tego niezwykłego zamieszania. Powróciliśmy do Kuala Lumpur, które zamierzaliśmy zwiedzić przed odlotem naszych rodzin do Polski. Skontaktowałem się z mieszkającym w mieście moim przyjacielem pochodzącym z Kielc i umówiliśmy się, że oprowadzi nas po kilku ciekawych miejscach. Kuala Lumpur jest dzisiaj jednym z najdynamiczniej rozwijających się miast Azji Południowo-Wschodniej. Nazwa miasta po malezyjsku oznacza "błotnisty zbieg" - dlatego, że ulokowane jest w zbiegu dwóch rzek: Klang i Gombak. Nasz pobyt przypadał w porze monsunowej, z czym wiąże się fakt codziennego deszczu, pojawiającego się w godzinach popołudniowych i ustającego przed wieczorem. Krótki pobyt tam wystarczył, by zauważyć, że tempo rozwoju niekoniecznie idzie w parze z harmonią i ładem, szczególnie pod względem architektonicznym. Jak na azjatyckie miasto przystało, nie ma co się łudzić, że zdołamy uniknąć wielokilometrowych korków - to oznaka tego, że Kuala Lumpur wciąż boryka się z problemami komunikacyjnymi, mimo kilku wybudowanych obwodnic. Wiele do życzenia pozostawia także system transportu publicznego, ale gdzie nie dojedzie się miejską kolejką, tam można próbować dotrzeć niedrogimi taksówkami, pod warunkiem że nie wybieramy się na drugi koniec miasta w godzinach szczytu - wtedy znacznie szybciej będzie po prostu iść pieszo. Kuala Lumpur to wielokulturowe miasto, obfitujące w różnorodność (czyniąc małą dygresję, można by stwierdzić, że różnorodność to "znak firmowy" całej Azji). Wysokie nowoczesne wieżowce wypełniające centrum stolicy Malezji sąsiadują z zamieszkanymi przez Chińczyków dzielnicami o wąskich uliczkach i tradycyjnej, dalekowschodniej architekturze. Wydaje się, że wyrastające wieżowce konkurują ze starszą architekturą o miano symbolu miasta, imponując stylem i wprowadzając wrażenie luksusu. Obowiązkowym obiektem do obejrzenia są słynne Petronas Towers - bardzo wdzięczny obiekt do pamiątkowych "selfie", nie spotkasz tu nikogo kto nie szczerzyłby się do telefonu lub aparatu, przybierając bardziej lub mniej dziwaczne pozy. Można wjechać na górę i podziwiać widoki na okolicę, lecz za stosunkowo wysoką cenę - ok.84 zł od osoby. U stóp Petronas Towers znajduje się centrum handlowe ze sklepami światowych marek, natomiast za budowlą - park z fontanną, światełkami i jeziorkami. Na oglądanie panoramy miasta warto wybrać się kilkanaście minut raźnego marszu dalej do Menara Tower - jednej z najwyższych na świecie wież telewizyjnych. Minus stanowią tylko długie kolejki, więc jeśli kogoś goni czas, to lepiej zrezygnować na rzecz innych atrakcji miasta. Przed wieżą turystom oferuje się taką usługę: zdjęcie zrobione klientowi na zielonym tle "wpasowuje się" w wybrane tło powiązane z wieżą - taka panorama w wersji instant. Do tego też kolejki... Postanowiliśmy zmienić klimat i powałęsać się trochę po uliczkach Chinatown - miejsce bardzo gwarne i zatłoczone, a przy tym kolorowe i dosłownie obwieszone chińskimi lampionami. Pełno tam straganów z ulicznym jedzeniem, co akurat zazwyczaj konstatowane jest z uśmiechem zadowolenia. Zapachy przyjemnie nęcą, przypominając, że od śniadania minęło już zbyt dużo czasu. To także totalne królestwo podróbek wszelakich, przed którymi nie obroniła się chyba żadna marka: buty, zegarki, koszule, torebki, portfele, chusty, okulary, czy zabawki. Czasami można natrafić na kopię łudząco przypominającą oryginał. W porównaniu z odwiedzonymi wcześniej azjatyckimi bazarami wyraźnie jednak widać, że negocjowanie ceny nie należy do ich ulubionych zajęć. Po obiedzie na piechotę przemaszerowaliśmy na Plac Merdeka - miejsce, gdzie w 1963 r. została ogłoszona niepodległość Malezji. Rozległy plac otoczony jest zabytkami, m.in. ponad 100-letnia fontanna Victoria, pałac sułtana (The Sultan Abdul Samad Building), ponad 100-letni Teatr Panggung Bandaraya, czy XIX-wieczny budynek The Royal Selangor Club - klub krykieta, którego niegdysiejsze boisko porasta dzisiaj równo przystrzyżony zielony trawnik. Na 100-metrowym maszcie powiewa flaga Malezji. Nieco wyżej na końcu placu znajduje się park z rzeźbami. Dalej, niejako z drugiej strony pod wielką siatką rozpostartą nad koronami drzew urządzono największy na świecie ptasi park. Decyzja, by skierować kroki akurat w to miejsce okazała się być bardzo trafna, nie tylko bowiem syn Michała, ale my także po kilku chwilach tam spędzonych byliśmy zachwyceni - papugi, tukany, bociany, czaple chodzą sobie swobodnie po terenie parku, a niektóre z nich są bardzo ciekawskie - podchodzą do ludzi, można rzucać im ziarno. Żyje tam także gatunek uważany za symbol Malezji - hornbill z charakterystycznym długim zakrzywionym dziobem. Na terenie parku funkcjonuje restauracja - można zafundować sobie tradycyjny malezyjski posiłek na tarasie, z którego rozciąga się widok na cały park. Na balustradach siadają często białe smukłe czaplo-podobne ptaki i nieskrępowane obserwują jedzących gości, a zdarza się, że co śmielszy osobnik "dziobnie" co nieco z talerza! Obsługa zaopatruje każdy stolik w małą "dyngusówkę" na wodę, którą można delikatnie wypłoszyć narzucające się pierzaste towarzystwo. Wychodząc z ptasiego parku zawędrowaliśmy do Kampung Bharu, tradycyjnej malajskiej dzielnicy, gdzie można wybrać się na darmową (finansowaną przez miasto) wycieczkę z przewodnikiem. Przewodnik, promieniejący już dobrze nam znaną azjatycką pogodą ducha opowiadał historię miasta, pokazywał tradycyjne drewniane domki, opisując życie codzienne żyjących tu ludzi. Można zajrzeć na podwórka domostw, przywitać się z bawiącymi się dziećmi - w charakterystyczny sposób witają się one z dorosłymi, biorą podaną rękę i dotykają nią czoła, co wyraża prośbę o błogosławieństwo. Niektóre części domu przeznaczone są tylko dla kobiet, także przy budowie domu, jego wymiary dostosowuje się do wzrostu pani domu, tak aby siadając przy oknie mogła widzieć bawiące się na podwórku dzieci - to i więcej jeszcze ciekawostek usłyszeliśmy z ust przewodnika. Na pełnych ludzi uliczkach sprzedawcy doglądają swoich małych stoisk z warzywami, owocami i przyprawami. Na tle nieba mieniącego się zachodem słońca rysowały się dwie strzeliste wieże Petronas, a w Kampung Bharu próbowaliśmy lokalnych przysmaków: słodkich kuleczek z klejącego ryżu i kokosa oraz ryżu kokosowego z pikantnym chili. Do picia zaproponowano herbatę ze skondensowanym mlekiem. Wspaniały niemal 3-godzinny spacer. Tylko komary trochę dokuczały.
W Kuala Lumpur rozstaliśmy się znowu z bliskimi. Oni odlecieli do Polski, my zaś przymierzaliśmy się do ruszania dalej.

Na szóstą "Podróż z pasją" zapraszamy do....

KAMBODŻA
W Kambodży znaleźliśmy się po 10-godzinnej jeździe na dachu autobusu przepełnionego wszelkiego rodzaju ptactwem domowym i rogacizną. Dojechaliśmy do miasta Poipet. Majki nigdy wcześniej nie był w Kambodży. ja zaś miałem okazję zjeździć ten kraj 7 lat temu. Tamta podróż stanowi więc dla mnie swego rodzaju punkt odniesienia - mając w pamięci obraz "tamtej" Kambodży z ogromnym zaskoczeniem odnotowałem, że przez kilka lat nastąpiło tam bardzo wiele zmian. 7 lat temu, gdy na przejściu granicznym oczekiwałem na wbicie wizy do paszportu (nawiasem mówiąc, byłem wówczas jedynym cudzoziemcem "kręcącym się" przy granicy) - stała tam tylko mała budka, pokryta byle jak zbitą blachą falistą. Moim oczom ukazał się wtedy taki obraz: dwoje nędznie odzianych dzieci ciągnęło wózek. Starsze z nich miało zarzucone na szyi coś w rodzaju chomąta i szło z przodu, zaś drugie pchało wózek z drugiej strony. Na wózku poukładane warzywa i owoce, przeznaczone do sprzedaży przy przejściu. Mocno zapisał się także w mojej pamięci widok wielkiej ilości ludzi okaleczonych, kalekich, z różnego rodzaju niepełnosprawnościami fizycznymi, znajdujących się na ulicach. Trzeba bowiem pamiętać, że naród kambodżański wciąż leczy rany po okrutnym reżimie Czerwonych Khmerów trwającym od lat 70-tych XX wieku do 1998 r. Była to epoka wielkiego ludobójstwa - komunistyczna formacja polityczna dążyła do budowy nowego społeczeństwa poprzez tortury i masowe mordy na ludności - bestialsko zabijano przeciwników nowego porządku, a także wszystkich posiadających jakiekolwiek wykształcenie (przesłanką było m.in. noszenie okularów). W ciągu 5 lat wymordowano jedną czwartą ludności kraju. Miasta opustoszały na skutek przymusowych deportacji. Panował głód i powszechny ucisk. Zlikwidowano instytucję własności prywatnej i pieniądza, za posiadanie ponad regulaminowej miski ryżu dziennie groziły tortury albo śmierć. Dzieci donosiły na rodziców, a niejednokrotnie wykonywały na nich wyroki śmierci. Kraj pogrążony był w chaosie i bezprawiu. Miejsca, gdzie zabijano i masowo grzebano ofiary reżimu nazywane są Polami Śmierci. Najbardziej znane to Choeung Ek. Znajduje się tam kilkaset zbiorowych grobów. Przerażający widok stanowią leżące na ziemi strzępy ubrań, buty, fragmenty szkieletów ludzkich wśród płytkich sadzawek i niecek pokrytych zieloną trawą. Do dziś stoi tam także drzewo, o które oprawcy rozbijali główki niemowląt. Szokujące jest to, że mimo tak wielkiej skali ludobójstwa propaganda Czerwonych Khmerów zdołała zatrzeć w ludności, która przeżyła świadomość tego, co naprawdę miało miejsce. Udało im się utrzymać istnienie Pól Śmierci w tajemnicy przed niemal całym narodem, tak że nawet dzisiaj spotyka się wielu ludzi, którzy nie wiedzą o zbrodniach dokonywanych na ich ziemi. Do dnia dzisiejszego znajdują się w kraju obszary nadal nieoczyszczone z min.
Obecnie - przejście graniczne w Poipet wygląda zgoła inaczej - zamiast ciasnej budki zastaliśmy okazały budynek. Zmieniło się także otoczenie wokół - rozrosła się infrastruktura miejska: powstało wiele hoteli oraz kasyna. Poipet jest dziś jednym z najbardziej obleganych przejść granicznych z Tajlandią. Można wyobrazić sobie jakie rozmiary miała kolejka oczekujących na przejście na kambodżańską stronę, mając na uwadze to, że czekaliśmy z Majkim aż 4 godziny zanim nadeszła nasza kolej.
Miasto wydaje się obecnie tętnić życiem. Turyści wożeni są przez liczne autobusy, sprzedawcy oferują na ulicach swoje towary. Nie spotkaliśmy także ani jednego człowieka dotkniętego kalectwem.
Z Poipet pojechaliśmy 150 km na wschód do miasta Siem Reap. Kolejne zmiany: przed 7 laty do miasta prowadziła droga szutrowa, zaś samą miejscowość można było przejść pieszo w pół godziny. Obecnie dotarliśmy tam elegancką asfaltową dwupasmówką, zaś samo miasto ukazało się nam jako duży kurort turystyczny. Mnóstwo hoteli, także renomowanych marek, kluby, dyskoteki, kawiarnie, sklepy z pamiątkami, kasyna, kolorowe stragany, rozległe bazary.
Pamiętam, że podczas mojej poprzedniej wizyty w Kambodży jako tutejszy przysmak, można było na każdym kroku zakupić jajko opiekane na ogniu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że w jajku zamknięte było w pełni rozwinięte pisklę. Obecnie spotkaliśmy tą potrawę jeden raz - na prowincji, poza miastem.
W Siem Reap przyszło nam spędzić szczególny czas - były to bowiem Święta Bożego Narodzenia. I mnie i mojemu towarzyszowi doskwierała już wtedy silnie tęsknota za domem - wszak byliśmy w podróży już 2,5 miesiąca. Na Wigilię wynajęliśmy z Majkim pokój w hostelu z Internetem, aby móc połączyć się z naszymi rodzinami.
Z okazji Świąt miasto przystrojone było lampkami, bombkami. Na ulicach i w sklepowych witrynach stały kolorowo ubrane choinki - jednakże z uwagi na to, iż panują tam wyznania inne niż chrześcijaństwo, ewidentnie wszystkie dekoracje zrobiono "pod turystów", jako chwyt marketingowy.
W I Dzień Bożego Narodzenia wypożyczyliśmy rowery, aby zwiedzić słynny kompleks świątynny Angkor Wat. Zaskoczyła nas niemal kosmiczna cena za wejście - bilet kosztował bagatela ok. 100 zł. Będąc w Birmie słyszałem nie jeden raz jak porównywano Bagan i Angkor Wat, jednak obaj z Majkim doszliśmy do wniosku, że zestawianie ze sobą tych dwóch zabytków nie ma większego sensu - każde z tych miejsc ma bowiem swoją specyfikę i urok. Jednakże jeśli wziąć pod uwagę przepych i rozmach, z jakim powstały oba obiekty, to uważam, że Angkor Wat jest zdecydowanie wspanialsza, bardziej spektakularna. Angkor Wat to gigantyczne miasto. I choć otacza je aura tajemnicy, to na próżno szukać tam ciszy i spokoju, które zdawałoby się - powinny towarzyszyć tej uśpionej starożytnej metropolii. Oprócz nas postanowiły zwiedzać to miejsce tabuny turystów różnych narodowości - w rikszach, samochodach, autobusach, motocyklach, skuterach, czy (tak jak my) na rowerach. Angkor Wat w przedziale od IX do XV w. było największym miastem ówczesnego świata. Wg źródeł w czasie, gdy u nas Kraków liczył 20 000, a Paryż 250 000 mieszkańców - w Angkor Wat żyło ponad milion ludzi. Było centrum, z którego khmerscy władcy rządzili ziemiami obejmującymi większość terenów zwanych dzisiaj Indochinami. W XV w. Syjam (dzisiejsza Tajlandia) w najazdach spustoszył te tereny. Ruiny opuszczonego miasta pochłonęła dżungla. Pozostało zapomniane aż do wieku XIX, kiedy to odkrył je i ujawnił światu francuski podróżnik Henri Mouhot. Już na pierwszy rzut oka wiadomo było, że nie sposób zwiedzić tego miejsca poświęcając na to tylko jeden dzień. My wygospodarowaliśmy dwa. Największa świątynia Angkor Wat zbudowana na planie prostokąta zajmuje powierzchnię pięciokrotnie większą od powierzchni Watykanu! Dotrzeć do centrum świątyni można przez most położony na ogromnej okalającej cały kompleks fosie, a następnie wybrukowaną drogą w kierunku murów wewnętrznych, przechodząc wieloma arkadami i po schodach coraz wyżej i wyżej aż do centrum, a stamtąd na najwyższy punkt (bardzo trudno tam się dostać, z uwagi na monstrualne kolejki). Łatwo dostrzegalna jest harmonia i idealne proporcje architektury tego miejsca. Z Angkor Wat sąsiaduje kompleks Angkor Thom, gdzie tej harmonii już się tak nie odczuwa. Wręcz przeciwnie, ufortyfikowane miasto wręcz przytłacza wielością zdobień i fikuśnych kształtów, sprawia wrażenie celowego chaosu, który ma oszałamiać i onieśmielać. Szczególny dreszczyk mogą wywołać ogromne twarze wykute w kamieniu, który przez wieki sczerniał tak, iż całość nabiera raczej złowrogiego odcienia. Niemniej jednak robi ogromne wrażenie. Ciekawość zaprowadziła nas także do Ta Prohm - świątyni, która swego czasu została wykorzystana jako plan zdjęciowy do filmu "Tom Raider" z Angeliną Jolie w roli głównej. W tym miejscu najbardziej widoczne było, jak przyroda zagarnia z powrotem to, co zostało jej odebrane - wielkie kamienne budowle oplecione potężnymi korzeniami drzew, posągi wyłaniające się spośród konarów i bujnej zieleni.
Należy pamiętać także o tym, że kompleks Angkor to także miejsce święte dla lokalnej ludności, dlatego obok turystów non-stop robiących zdjęcia mijaliśmy wielu pielgrzymów oraz gdzieniegdzie mnichów odzianych w szafranowe szaty. Ponadto - mnóstwo kobiet-handlarek owocami, szalikami, plecionkami i wszystkim co tylko można wcisnąć turyście jako pamiątkę.
Po dwóch dniach podziwiania piękna kompleksu Angkor udaliśmy się w kierunku południowo-wschodnim na jezioro Tonle Sap - największe w kraju. Naszym celem były pływające wioski. Niezwykłe i bardzo oryginalne miejsce - mniej lub bardziej zadbane domki posadowione na palach, tudzież pływające na beczkach lub fragmentach starych łodzi. Bardzo kolorowe i bardzo proste, sprawiające wrażenie wręcz prowizorycznych. Od razu zauważyliśmy, że miejscowa ludność nawykła już do turystów, lecz obecność takich jak my przybyszów nie wydawała się zaburzać ich zwykłego rytmu życia. Obserwowaliśmy więc ich codzienność - pozbawioną wszystkich tych udogodnień, bez których my sami nie potrafimy wyobrazić sobie życia. Na wodzie pływa tutaj wszystko, co potrzebne by społeczność mogła funkcjonować - jest więc i świątynia, i sklep, i szkoła, a nawet...pływający komisariat policji. Kobiety piorące ubrania, małe dzieci bawiące się na golasa nad wodą, większe - pomagające rodzicom przy domowym obrządku. W porze największego upału wielu z mieszkańców odpoczywało łapiąc drzemkę w hamakach. Czasami ktoś z wioski zwracał się do nas z prośbą, by kupić coś "dla dzieci". Żaden problem, ale przed wyjazdem ostrzegano nas przed naciągaczami żerującymi na turystach, dlatego wiedzieliśmy, że każdą tego typu sytuację należy przemyśleć i w miarę możliwości sprawdzić.
Opuściwszy pływające wioski, udało się nam złapać autostop w kierunku granicy z Laosem. Podróż przez resztę Kambodży do Dom Kralor zajęła nam cały dzień. W dość posępnym mieście Stung Treng zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Był tam nieduży bar, w którym serwowano niecodzienną potrawę - aligatora! Polecono, byśmy wybrali dla siebie jeden z okazów pływających w basenie, po czym przyrządzono go i podano. W smaku przypominał rybę, np. szczupaka. Bardzo nas smakował. Wzmocnieni posiłkiem zarzuciliśmy na plecy plecaki i ruszyliśmy ku Laosowi w towarzystwie "złapanego" Kambodżańczyka w dredach.

Zdjęcia Bangladesz

Tym razem wyprawa z p. Jackiem po Azji Środkowej.

Stowarzyszenie Salutem o wyprawie po Azji Środkowej.
Rosja, Ukraina, Mołdawia, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan - to kraje, w których spędziliśmy miesiąc . Pokonaliśmy 17 000 km specjalnie przygotowanym do tej wyprawy busem o nazwie -" Czarna Pantera".
Każdy z krajów miał coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. Mołdawia posiada największą na świecie winnicę Cricova. Kompleks 200 km tras usytuowany 150 km pod ziemią. W okolicy Kiszyniowa zrobiliśmy pierwszy postój. Ten kraj kojarzy się przede wszystkim z winem i kwasem chlebowym. Odessa na Ukrainie była kolejnym punktem, który sobie obraliśmy. Pomijając, to że mieliśmy problem z przejazdem przez Naddnieprze, dotarliśmy do miasta Mickiewicza i Puszkina.
Kazachstan okazał się olbrzymi, a drogi nie do przewidzenia. Klimat ciepły, pustynny. Jednego z wieczorów w trakcie drogi do miasta Bajkonur, spotkała nas burza pustynna. Musieliśmy się zatrzymać. Tak ogromne podmuchy wiatru były zbyt niebezpieczne. Baliśmy się ze ta wichura przewróci samochód. Na drodze zrobiło się pusto. Odwiedziliśmy Kosmodrom oraz zamknięte miasto kosmonautów Bajkonur. Zamknięte? Tak, cały obszar został wydzierżawiony do 2050r. przez Rosjan. Można się tam dostać jedynie z przepustką, którą wyrabia się miesiąc wcześniej w Moskwie. Nie mając jej nie mieliśmy możliwości wejścia na ten teren. Udało się! Pomógł nam w tym taksówkarz. Zaproponował nam że podwiezie nas od tyłu miasta. Przeskoczyliśmy przez płot. Po drugiej stronie czekał na nas jego kolega w drugiej taksówce. Oto takim sposobem zwiedziliśmy miasto Bajkonur bez przepustki. Widzieliśmy rakietę którą wyleciał w kosmos pierwszy człowiek Jurij Gagarin i całe miasto kosmonautów. Następnie udaliśmy się w kierunku wschodnim Kazachstanu praktycznie do granicy z Chinami aby zobaczyć Kanion Szaryński.
Niektórzy porównują Kanion Szaryński do Wielkiego Kanionu Kolorado w USA, bądź do Kapadocji w Turcji. Będąc w swej przeszłości w tych wszystkich miejscach możemy jedynie z tą opinią się nie zgodzić. Kanion Szaryński powstały po rzece Szaryn jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Miejsca o których się ciągle mówi tak naprawdę są już przereklamowane. Warto poszukać czegoś na świecie o czym się nie słyszy, a jest najpiękniejsze ze wszystkich innych. Takim miejscem do którego jest ciężko się dostać jest na przykład zatopiony las - jezioro Kaindy. Dotarcie do tego miejsca sprawiło mi nam nie lada problem ze względu na to, że jest położone wysoko w górach ale naprawdę było warto zobaczyć to wspaniałe miejsce.
Jednym z najważniejszych punktów podczas naszego podróżowania jest zawsze posmakowanie kuchni regionalnej. Charakterystycznym dla tego regionu jest baranina, lepioszki, zsiadłe mleko kobyły i wielbłąda. Jedząc oczy kozie jest się dla mieszkańców ważnym i szanowanym gościem. My tak zostaliśmy ugoszczeni w jurcie w Kirgistanie, gdzie na przywitanie poczęstowano nas baranią głowa z wyjętymi oczyma i poproszono o popicie kwaśnym kobylim mlekiem. Ja zaprawiony w tego typu potrawach dałem rade ale moi towarzysze mieli nie lada problem. Ludność w tych stronach jest bardzo pomocna i życzliwa. Czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Jedyne co moglibyśmy zmienić, to łapówkarstwo mundurowych. W ciągu godziny zatrzymali nas kilka razy. Niestety kończyło się tym że byliśmy zmuszeni do dodatkowych opłat za niewielkie i nieistotne wykroczenia. Wieść o naszym pobycie w danym miejscu niosła się bardzo szybko. W całej okolicy wszyscy wiedzieli że przyjechali Polacy. Najwięcej osób nasz kraj kojarzy z Robertem Lewandowskim.
Wieża Burana- jeden z najstarszych zabytków architektury Kirgistanu nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia. Niestety Kirgisi pod tym kątem nie mają się czym pochwalić. Watro wspomnieć o jeziorze Issuk-kul. Ogromne słone jezioro, malowniczo położone w górskiej kotlinie. Tubylcy nazywają je ich morzem, gdyż jako jedyne państwo w Euroazji nie ma dostępu do morza. Spędziliśmy nad nim aż dwa dni, a chciałoby się więcej. Miejsce idealne do odpoczynku. Adam Mickiewicz często spędzał nad tym jeziorem wakacje. Puste plaże, dookoła piękne góry, cisza tworzy wspaniały klimat, który na długo zostanie w naszej pamięci.
Jedną nogą w Chinach i Afganistanie. Wzdłuż granic tych krajów ponad 900 km. Za nami w całości Trakt Pamirski. Najpiękniejsza droga Azji Środkowej. Nasze auto ,,Czarna Pantera" osiągnęła najwyższy punkt, 4655m n.p.m. Warto mieć w zespole mechanika bądź tak zwaną ,,złotą rączkę". Przy takich wyprawach jest to konieczne. Nasz przyjaciel mechanik uczestnik wyprawy Łukasz Bieroński poradził sobie ze wszystkimi problemami. Dobrze podczas takiej wyprawy mieć kogoś takiego jak Łukasz, który wszystko potrafi naprawić. Gorszych dróg już nie będzie, nawet w Afryce są zdecydowanie lepsze. Proszę sobie wyobrazić iż, ostatni odcinek przez Kazachstan do Rosyjskiego Astrachania 750 km jechaliśmy z prędkością 20 km na godzinę po takich dziurach, że samochód mógłby schować się cały.
Nieodzownym punktem w drodze powrotnej był Wołgograd. Ogromne zdziwienie wzbudziło w nas wzniesienie Kurhan Mamaja. Widnieje na nim statua ,,Matka Ojczyzna Wzywa". Została wzniesiona na cześć poległym żołnierzom w bitwie Stalingradzkiej. Będąc 2 lata temu na wyprawie dookoła świata mieliśmy przyjemność zobaczyć Pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Porównując Pomnik w Wołgogradzie a w Rio, który jest tak rozpoznawalny na całym świecie, statua ,,Matka Ojczyzna Wzywa" pod każdym względem nas urzekła wielkością. Ma 85m wysokości. Dla porównania, Statua Wolności 45m. Urzekła nas nie tylko swą wielkością, ale także znaczeniem historycznym i atmosferą jaka tam panuje.Chciałbym pochwalić cały zespół, który jak zwykle stanął na wysokości zadania. Łukasz Bieroński –mechanik , Paulina Sudoł –logistyk, Sebastian Markowski –kamera .

PS, JS

Dziś na podróż z pasją zapraszamy do Azji Południowej.

INDIE, DEHLI, TYBET
Z planu wyprawy musieliśmy wykluczyć Pakistan, z uwagi na to, że odmówiono nam wydania wizy. Musieliśmy więc znaleźć drogę poza lądową, by przedostać się do Indii, a więc tym razem skorzystać z przelotu samolotem. Polecieliśmy jednak najpierw do Abu-Dhabi, skąd odebrała nas moja koleżanka Kasia. Mieliśmy jeden dzień, a chcieliśmy odwiedzić choć kilka interesujących miejsc wyspy Abu-Dhabi. Tor Formuły 1 Yas Marina Circuit nie mógł oczywiście zostać ominięty. Zwiedziliśmy również ogromny Biały Meczet (12 hektarów!) zbudowany z inicjatywy pierwszego prezydenta kraju. Za sprawą śnieżnobiałej fasady (będącej symbolem czystości i pobożności) oraz swoich nadnaturalnych wprost rozmiarów jest widoczny z wszystkich trzech łączących wyspę ze stałym lądem wysp. W tym największym meczecie na świecie obowiązują turystów ścisłe reguły - należy mieć na sobie odpowiedni strój nawet, gdy chcemy tylko zrobić sobie zdjęcie z meczetem w tle - jeśli nie dostosujesz się do tego wymogu, masz jak w banku bezpośrednie spotkanie ze służbami porządkowymi. Dla panów obowiązkowe są długie spodnie i zakryte ramiona, natomiast dla kobiet - uogólniając - zasłonięte włosy i ubiór przypominający rozciągnięty worek - długa bardzo luźna spódnica i szeroka bluzka z długimi rękawami. A temperatura w cieniu to "tylko" 30oC . Niemniej jednak budowla zapiera dech w piersiach przepychem tego miejsca.
Zwiedziliśmy także najbardziej luksusowy hotel na świecie - Emirates Palace. Poziom luksusu jest tam tak wysoki, że powszechnie nie jest on nazywany hotelem, lecz pałacem. Koszt budowy tego obiektu wyniósł 3 mld dolarów amerykańskich. Gościom tego miejsca przydzielani są osobiści kamerdynerzy, którzy czuwają nad ich komfortem i wygodą. Obok pól naftowych jest to najbardziej dochodowy interes w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Wieczorem na lotnisku do naszej ekipy dołączyli Łukasz, Paweł i Wojtek, tak więc w stolicy Indii wylądowaliśmy o 2 nad ranem już w pięcioosobowym składzie. Przezornie zarezerwowaliśmy sobie miejsca noclegowe w tanim hostelu i po krótkim odpoczynku, gdy nastał dzień ruszyliśmy odkrywać blaski i cienie Delhi. Pierwsze wrażenie? Bardzo nieprzyjemne. Wszechobecny brud, śmieci, potworny hałas, unoszący się w powietrzu duszący smród i ogromne zatłoczenie. W tym mieście żyje 11 mln ludzi! Jeszcze będąc w Europie szukaliśmy przez Internet przewodnika, który pomógłby nam poruszać się po aglomeracji. Człowiek, którego znaleźliśmy sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego i znającego się na rzeczy, dlatego postanowiliśmy skorzystać z jego usług. Jako środek komunikacji wybraliśmy ryksze, którymi jeździliśmy od miejsca do miejsca z naszym przewodnikiem. Kiedy nasz przewodnik zaprowadził nas na obiad, zapewniwszy uprzednio o tym, że zna miejsce, gdzie można niedrogo zjeść, po czym za kufel marnego piwa zażądano od nas równowartości 36 zł - staliśmy się podejrzliwi. Kiedy później, gdy chcieliśmy uzupełnić zapasy wskazał nam sklep, gdzie sprzedawca naliczył za podstawowe produkty kosmiczną wprost marżę - mocno nas to zirytowało. Pewności, co do tego, że mamy do czynienia z pospolitym oszustem nabraliśmy, kiedy wyszło na jaw, że nasz pilot pobiera od właścicieli niektórych sklepów prowizję za to, że przyprowadza do nich turystów "do oskubania". Jakby tego było mało, oszust chciał wymienić nam walutę wg zmyślonego, a miażdżąco dla nas niekorzystnego kursu. Zrobiło się nieprzyjemnie, zrezygnowaliśmy z jego "usług"
W Delhi zwiedziliśmy Czerwony Fort - twierdzę, a właściwie ufortyfikowany pałac, wybudował z czerwonego piaskowca piąty z Wielkich Mogołów Shah Jahan, ten sam, który swojej ukochanej Mumtaz wzniósł w Agrze najpiękniejszy grobowiec świata. Jest to największy obiekt wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Jako obiekt o funkcji obronno-wojskowej brak tutaj automatycznie kojarzonej z wojskiem surowości- przeciwnie, wnętrza urządzone są z wielką elegancją i kunsztem. Odwiedziliśmy także Grobowiec Humajuna - miejsce spoczynku władcy Indii z dynastii Wielkich Mogołów. Jest to monumentalna budowla łącząca architektoniczny styl indyjski ze sztuką perską. Co jest charakterystyczne dla architektury Mogołów, obiekt osadzony jest wśród rozległego ogrodu krajobrazowego. Styl ten w późniejszym okresie znalazł zastosowanie przy budowie słynnego Tadż Mahal. Grobowiec także jest na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
Przeszliśmy także przez Bramę Indii - ogromny 42-metrowy pomnik z 1921 r., przypominający łuk triumfalny - ufundowany ku chwale indyjskich żołnierzy poległych w walce na I wojnie światowej oraz w wojnach z Afganistanem. Brama ulokowana jest w miejscu, do którego zbiega się wiele ulic, wokół niej o każdej porze dnia i nocy krążą tłumy ludzi, a nocą otaczające postument trawniki zapełniają się wypoczywającymi maruderami. Wśród tłumów jest świetna okazja do zarobienia pieniędzy - wystarczy np. mieć w ręce aparat Polaroid, a w plecaku małą drukarkę na baterię i oferować komu popadnie (profesjonalne, a jakże!) usługi fotograficzne z natychmiastowym wywołaniem. Jako biali turyści byliśmy wprost zasypywani propozycjami nie do odrzucenia.
Na widok białych przybyszów sprzedawcy waty cukrowej, balonów i płyt, z ożywieniem odkładają na bok barwne towary i natychmiast z kieszeni wyciągają paczuszki z haszyszem. Wystarczy tylko popatrzeć na nich dłużej niż 3 sekundy. Zawsze do usług. Podobno w Indiach to bardzo powszechne.
W Delhi spędziliśmy łącznie trzy dni. W tym czasie codziennym widokiem były papiery i rozmaite śmieci walające się po ulicach, buszujące wśród tych odpadków tzw. święte krowy. Gdy zapuściliśmy się na stary bazar, naszym oczom ukazywały się przerażające obrazy - nieprzytomni, a może nawet martwi ludzie leżący na chodnikach, roje much na nich, roje much nad nimi, fetor ekskrementów i nawet nie chcę myśleć czego gorszego jeszcze. Setki kalekich ludzi żebrzących na ulicy, mnóstwo ubrudzonych, bezdomnych dzieci nieustannie zaczepiających na ulicy, ciągnących za ubrania. Widoki, które boleśnie ściskają serce. Przytłaczający ogrom biedy i nędzy. Stare Delhi - gdzie mieszkają choroby, śmierć, rozpacz ludzka i brak nadziei na lepsze, o urbanistycznym chaosie nie wspominając. Z drugiej strony - w kontraście- Nowe Delhi, uporządkowana architektura, przestronne ulice i nowocześnie zaprojektowane osiedla, gdzie żyją wygodnie i dostatnio najzamożniejsi obywatele Indii. Przytłaczające, przygnębiające. Na usta ciśnie się gniewne : "Znieczulica".
Gdy nad Delhi zachodzi Słońce, noc przykrywa zasłoną wołające o pomstę do nieba obrazy, pozostawiając rozświetlone kolorowymi lampkami karoce, sprzedawców lodów w kolorowych budkach i tłum uśmiechniętych, pochłoniętych zabawą ludzi - by każdy mógł poczuć się jak w bajce. Dopóki nie wstanie nowy dzień...
Po trzech dniach Wojtek i Paweł odłączyli się od nas, bu udać się w południowo-wschodnie rejony kraju, gdzie ich oczekiwano, natomiast ja, Majki i Łukasz skierowaliśmy kroki na północ w kierunku Himalajów. Naszym celem była kraina "wysokich przełęczy", czyi Ladakh, położona pomiędzy głównym pasmem Himalajów, a górami Karakorum. Dotarliśmy do jej stolicy - Leh, która leży już na terenie Himalajów na wysokości 3015 m.n.p.m. Przybyliśmy tam o trudnej porze roku - była zima, temperatura w dzień bliska była 0oC , natomiast w nocy spadała poniże 10oC. Gdy tylko się tam pojawiliśmy pojawiły się problemy związane z chorobą wysokościową. Czuliśmy się coraz gorzej, męczyły nas ciągłe zawroty głowy, ciężki oddech, a w dodatku, choć doskwierało nam wielkie zmęczenie, mieliśmy duże trudności z zasypianiem. Postanowiliśmy, że niezbędna będzie co najmniej trzydniowa aklimatyzacja. W tym czasie mogliśmy swobodnie zwiedzać Leh i okolicę. Ogólnie rzecz ujmując Ladakhu to istny raj dla miłośników gór, oprócz zachwycających pejzaży to teren, gdzie można poznać egzotyczne tradycje i obyczaje plemion Orientu. Kraina ta leży obecnie w granicach państwa indyjskiego i jest ostatnim niezniewolonym jeszcze przyczółkiem tybetańskiego buddyzmu. Wędrując jej ścieżkami mija się zamieszkane przez mnichów gompy (wkomponowane w skaliste zbocza budynki pełniące rolę ośrodków modlitwy), czy stupy ( buddyjskie budowle sakralne w kształcie odwróconych czaszy, wieżyczek o kształcie dzwonu - będące czymś w rodzaju relikwiarzy, symbolizują oświecony stan Buddy). Wędrowaliśmy także nad Doliną rzeki Nubry- jedną z najwyżej położonych dróg świata - na wysokości 3050 m.n.p.m. Panuje tam specyficzny klimat, a bliskość rzeki pozwala na uprawę roli, w kontraście do reszty Ladakhu, gdzie panują głównie pustynne warunki - na wyższych zboczach gór występuje nawet klasyczna pustynia z piaskowymi wydmami. W Leh zwiedziliśmy Pałac królewski, wzorowany na zimowej rezydencji władców Tybetu znajdującej się w Lhasie - z jego powodu Leh nazywane jest "Małym Tybetem". Mróz i wiejące wiatry odbierały większość przyjemności ze zwiedzania, a choroba wysokościowa to słabła, to znów wracała. W ciągu tych trzech dni odwiedziliśmy buddyjski klasztor w miejscowości Hemis, następnie lamaistyczny klasztor Thiksey zbudowany w XV w. oraz XV-wieczny klasztor w Spituk z dachu którego, podziwialiśmy urzekający krajobraz Doliny Indusu. Niestety nadal dokuczała nam choroba wysokościowa. Najbardziej z jej powodu cierpiał Łukasz, nie zmrużył oka przez dwie pierwsze noce. Trzeciego dnia uzgodniliśmy, że spróbujemy trekkingu do przełęczy Munta Andal. Wkoło zima w pełni, byliśmy tam jedynymi turystami, a przynajmniej byliśmy o tym przekonani dopóty, dopóki nie spotkaliśmy przypadkiem Polaka - Mateusza który, gdy tylko dowiedział się od kogoś, że kręcimy się po okolicy, zaczął nas szukać, jak widać- skutecznie. Przyłączył się do nas na czas trekkingu.
Będąc na kolejnym już etapie wyprawy, po różnych przeżyciach i przygodach nasz ekwipunek nieco zmalał, nie mieliśmy żadnego wyposażenia, przede wszystkim ubrań na wysokogórskie wyjścia, a więc w Leh wypożyczyliśmy wszystko, co było potrzebne, tzn. dodatkowe śpiwory, odpowiednie ubrania wierzchnie, niezbędne narzędzia. Wypożyczyliśmy także Sherpę, aby był naszym przewodnikiem. Ruszyliśmy. Pierwszego dnia maszerowaliśmy 7 godzin z wysokości 3600 m.n.p.m do wysokości 420 m.n.pm.- przewyższenie wynosiło jak widać tylko 600 m.n.p.m, ale z uwagi na trudne warunki pogodowe i wyjątkowo nieprzyjazną takim wspinaczkom zimę droga była ciężka. Świeciło słońce, ale temperatura była ujemna, silny wiatr potęgował uczucie zimna, w dodatku w pewnym momencie Łukasz zaczął czuć się bardzo źle - choroba wysokościowa nie dawała mu spokoju, zawroty głowy nasiliły się u niego w takim stopniu, że musieliśmy znacznie zmniejszyć tempo marszu. W końcu rozbiliśmy namioty, roztopiliśmy trochę śniegu - aby wystarczyło na zalanie zupek w proszku, które służyły nam za pożywienie. Przede wszystkim chcieliśmy się trochę rozgrzać. Stan Łukasza stale się pogarszał, mimo iż jego żołądek był pusty, dostał torsji i zaczął wymiotować. To bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ oznaczała, że choroba postępuje. Zastanawialiśmy się z Majkim czy zawrócić, czy walczyć dalej. Przez chorobę wysokościową wszyscy, oprócz Sherpy nie mogliśmy spać. Rano, po wypiciu gorącej herbaty zdecydowaliśmy jednak jednogłośnie, że idziemy dalej. Do przełęczy Munta Andal, na wysokość 5010 m.n.p.m. dotarliśmy po 9 godzinach marszu. Byliśmy wykończeni, ale ogarnęła nas wielka radość i ulga, że się udało. Pragnę skierować słowa uznania w stronę Łukasza- on z nas wszystkich czuł się najgorzej, a jednak wykazał się ogromnym hartem ducha, samozaparciem i uporem. Pokonał własną słabość. Były momenty, że my - choć byliśmy w lepszej formie - w chwilach kryzysu wątpiliśmy w sens dalszej wędrówki. Uwieczniliśmy tamtą chwilę fotografią, na której trzymamy rozwiniętą polską flagę z napisem "KIELCE" - chcieliśmy w ten sposób wyrazić naszą dumę z bycia Polakami i synami Świętokrzyskiej Ziemi. Tamta walka i radość ze zwycięstwa na zawsze pozostanie nam w pamięci. Odpoczynek nie mógł być zbyt długi, trzeba było zejść niżej - przemaszerowaliśmy następne 8 godzin, ale już w dużo lepszej kondycji psychicznej, choć dolegliwości nie mijały. Rozbiliśmy się w dolince, gdzie śniegu było mało, zmęczeni do granic jakimś cudem rozbiliśmy namioty, pokrzepieni chińską zupką i herbatą (obie przyrządzone na bazie topionego śniegu) padliśmy w śpiwory, zażywając pierwszego od kilku dni zbawiennego snu. Obudziwszy się następnego dnia, ruszyliśmy w doliny. Po kilku godzinach spotkaliśmy na drodze czworo Tybetańczyków. Bez cienia nieufności wobec naszych obcych twarzy zaprosili nas serdecznie do swojej osady. Było to spotkanie z prawdziwym ludem gór - ludźmi, na których twarzach i rękach widać było ślady ciężkiej pracy. Pomimo trudnych, surowych warunków życia, zadziwiali pogodą ducha i pozytywną energią. Zostaliśmy nakarmieni pysznymi plackami ziemniaczanymi z sałatą, mącznymi plackami pieczonymi na blasze oraz zupą z wołowiny. Z wdzięcznością przyjęliśmy także zaoferowany nocleg w ich kamiennej chacie. W owym gościnnym domu były 2 siostry. W pewnej chwili, gdy rozejrzałem się po izbie, zaciekawiło mnie trzech siedzących w rogu mężczyzn. Zapytałem się starszej z sióstr, który z nich jest jej mężem. "Ten, ten i ten" - odpowiedziała pokazując na wszystkich trzech. "Jak to?" -odparłem zdumiony- "To ilu ty masz mężów?" - "Czterech, tylko, że jeden wyszedł!" - odpowiedziała uśmiechając się z rozbawieniem widząc moją minę. Później jeszcze dowiedziałem się, że wszyscy czterej to rodzeni bracia...
W domu było przyjemnie ciepło, gospodarze jako opału używali wysuszonego krowiego nawozu. Zasnęliśmy kamiennym snem, zawinięci w śpiwory na kamiennej podłodze. Rankiem pożegnaliśmy się z gospodarzami, dziękując za miłą gościnę, szczęśliwi, że spotkaliśmy na swojej drodze tych dobrych ludzi. Schodziliśmy do Leh 6 godzin, tam rozstaliśmy się z Mateuszem, który pozostał w Tybecie, nasza trójka natomiast wróciła do Delhi, by stamtąd powędrować do miasta Agra, gdzie znajduje się bardzo wiele zabytków kultury islamu - w tym m.in. Tadż Mahal, jeden z Siedmiu Cudów Świata, dowód wielkiej miłości i zarazem wielkiej żałoby Szacha Dżahana z Dynastii Wielkich Mogołów po stracie ukochanej żony Mumtaz Mahal. Przy mauzoleum pracowali najznamienitsi architekci i inżynierowie Europy i Azji, do budowy zatrudniono 20 tysięcy robotników z Indii i Azji Środkowej. Podobno gdy prace dobiegły końca, obcięto wszystkim dłonie albo kciuki, aby już nigdy nie mogli odtworzyć dzieła w innym miejscu. Budowa grobowca zajęła 20 lat. Trzeba przyznać, że Tadż Mahal wzbudza szczery zachwyt, a cudowny rozległy na 17 hektarów ogród otaczający budowlę raduje oczy pięknem egzotycznej roślinności. W trakcie oczekiwania na wejście do mauzoleum w długiej kolejce poznaliśmy dwie Polki, będące w trakcie podróży po Indiach. Doszło niestety do bardzo nieprzyjemnego incydentu - otóż właśnie te dziewczyny zostały w tej kolejce napastowane przez grupę Hindusów, zdradzających jednoznaczne, ordynarne zamiary. Kiedy stanowczo stanęliśmy w obronie kobiet, wywiązała się awantura, do której po pewnej chwili wkroczyła policja, którą zdążyliśmy wcześniej powiadomić. To szokujące, ale obecnie właśnie w Indiach dochodzi do największej liczby gwałtów. Skala zjawiska jest tak ogromna, że władze kraju, podejmując z tym walkę wprowadziły karę śmierci za to przestępstwo.
O ile Tadż Mahal zachwyca pięknem na zewnątrz, to jego wnętrze nie wynagradza długich godzin przeczekanych w kolejce. W środku jest po prostu...pusto.

W tym tygodniu z p. Jackiem odwiedzimy Turcję. Zachęcamy do przeczytania.

TURCJA
Gdy stwierdziliśmy, że etap przygotowawczy można z czystym sumieniem uznać za zakończony, postanowiliśmy wyruszyć 28 października. Zmierzch już zapadł, kiedy około godz. 18 znaleźliśmy się w Kielcach i idąc ulicą Krakowską, niosąc w plecakach niezbędny ekwipunek, a w rękach dzierżąc tablicę z napisem "DOOKOŁA ŚWIATA" próbowaliśmy "złapać" auto stopa. Trwało to dłuższą chwilę (ponad 2 godziny) - szczęście dopisało nam dopiero na moście w Zgórsku- zatrzymał się pewien człowiek, pytając nas: "Dokąd chcecie jechać?", kiedy odpowiedzieliśmy, że " Dookoła świata!", zapytał: "Jesteście pijani?", "Nie, skądże znowu!", " Musicie być w takim razie naćpani!" - "Nie, mówimy bardzo poważnie, wyruszamy właśnie w wyprawę dookoła świata. Chcemy okrążyć kulę ziemską" - "Musicie być jacyś chorzy" - skwitował, po czym zaprosił nas do samochodu. Ma na imię Waldek. Z początku naprawdę nie dowierzał naszym wyjaśnieniom, jednak w miarę jak upływała droga, mijała też jego nieufność i gdy się rozstawaliśmy na dworcu w Krakowie był już żywo zainteresowany naszym pomysłem. Pytał nas o wiele rzeczy, chciał znać nasze plany, oczekiwania, obawy wiążące się z podróżą. Jak się później okazało jego zainteresowanie nie osłabło ani trochę, co więcej znalazł profil naszej wyprawy na portalu społecznościowym i pozostawał z nami w nieprzerwanym kontakcie, śledził postępy ekipy World Expedition 2015 nieustannie. Pewnego dnia udało mu się skontaktować ze mną, gdy byliśmy w drodze. Powiedział, że jego wielkim marzeniem jest, by - gdy tylko wrócimy z wyprawy do Polski - mieć możliwość ponownego zabrania nas autostopem do domu, niezależnie od tego w którym miejscu kraju będziemy się znajdować. Wyraził życzenie, że chce zabrać nas z powrotem do miejsca, z którego wziął nas na początku naszej drogi.
W Krakowie na dworcu czekali na nas znajomi, którzy - wedle planu - mieli później dołączyć do nas na azjatyckim etapie podróży.
Zarówno ja, jak i mój towarzysz Majki odbyliśmy już wiele podróży w rejony Europy Środkowej i Południowej, ustaliliśmy zatem, że nie będziemy zatrzymywać się w państwach sąsiadujących z Polską: w Czechach i na Słowacji, a pierwszy przystanek zrobimy na Węgrzech w Budapeszcie, w którym z resztą także nie zagrzaliśmy miejsca zbyt długo - spędziliśmy tam jedynie kilka godzin, czekała nas bowiem długa droga do Turcji. Pociągiem dotarliśmy do Istambułu - tam chwyciliśmy wiatr w żagle i poczuliśmy, że wyprawa zaczyna nabierać rumieńców.
Warto przypomnieć, że w Istambule swego czasu żył Adam Mickiewicz. Dom, w którym mieszkał stoi do dziś i pełni dzisiaj funkcję muzeum poświęconego polskiemu wieszczowi. Piwniczkę domu zamieniono na kryptę, znajduje się tam czarny grobowiec z jasnym krzyżem i napisem: "Miejsce czasowego spoczynku Adama Mickiewicza. 26 listopad. 30 grudzień 1855". Nad grobowcem- wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej. To symboliczny grób poety. Niestety nie jest to dokładnie ten dom, którego wnętrza gościły Adama Mickiewicza- w 1870r. uległ zniszczeniu w pożarze, został odbudowany z ruin, innym razem zawalił się dach - obecnie, odnowiony, jest jednym z lepiej prezentujących się budynków w dzielnicy, choć muszę przyznać, że sam jej widok czy nieprzyjemne zapachy unoszące się w powietrzu i wszechobecny brud działają odstraszająco. Bardzo trudno też odnaleźć właściwy budynek w plątaninie wąskich, podejrzanych uliczek. Jednakże wizyta w muzeum była dla nas priorytetem - mieliśmy szczęście i zdążyliśmy przed jego zamknięciem.
Być w Istambule i Hagii Sophii nie zwiedzić, to jak pojechać do Rzymu i papieża nie widzieć, musieliśmy zatem odwiedzić ów wspaniały zabytek - zbudowany w VI w. przez cesarza Justyniana, który - wedle niektórych przekazów, gdy widząc dzieło stworzone z jego zamysłu miał zakrzyknąć: "Salomonie! Prześcignąłem Cię!" . Na temat powstania tej monumentalnej świątyni krąży wiele legend - wedle których np. do jej budowy miało zostać użyte drewno pozostałe po Arce Noego, znane są również podania o zastępach Aniołów strzegących budowli. Losy świątyni Mądrości Bożej toczyły się dramatycznie na przestrzeni wieków - była świadkiem krwawych buntów, wojen, upadków i narodzin imperiów. Przez setki lat służyła religii chrześcijańskiej, natomiast 28 maja 1453 r. po tym jak zostało odprawione ostatnie w jej dziejach nabożeństwo - do Konstantynopola wkroczyły wojska sułtana Mehmeda II - Hagia Sophia stała się meczetem muzułmańskim. Stopniowo do bryły świątyni dobudowano minarety, których obecnie jest 4.
Od 1935 r. budowla jest obiektem muzealnym.
Widzieliśmy również równie słynny Błękitny Meczet, który w zamierzeniu twórców miał konkurować, a nawet prześcignąć wielkością i przepychem Hagię Sophia. Czy się udało? - opinie są różne, niezależnie od nich należy przyznać, że dzieło sułtana Ahmeta robi duże wrażenie.
Gdy zapadał wieczór należało znaleźć nocleg. Poszukując odpowiedniego miejsca przechadzaliśmy się ulicami Stambułu chłonąc dźwięki, barwy i zapachy tego miasta. Wylądowaliśmy w jednym z hosteli, w piętnastoosobowym pokoju urządzonym na dachu budynku. Temperatura spadła, zapowiadała się zimna noc. Nie dość, że zimna, to na dodatek bogata w "atrakcje". W toku wieloletniej mojej przyjaźni z Majkim i po wielu wspólnych podróżniczych eskapadach wiem, że gdy akurat tak się zdarzy, że śpimy nieopodal siebie, to Majki ma zwyczaj w czasie snu zarzucić czasem na mnie swoją nogę. Tak więc i tym razem leżąc w półśnie poczułem, że spadł na mnie znajomy ciężar - odwróciłem się, żeby wysłać nogę kumpla z powrotem na należne jej miejsce i osłupiałem kiedy moim oczom ukazał się ogromny szczur! Szczur, którego pomyliłem z nogą kolegi. Gwałtownie obudzony przeze mnie Majki zaalarmowany, że chodzi po mnie szczur, ze stoickim spokojem skwitował: "Daj mu w łeb i śpij dalej." Szczur dostał w łeb, a ja poszedłem spać. Spokój nie potrwał długo, bo znowu zostaliśmy obudzeni przez przenikliwy pisk - na pustym posłaniu obok mnie urządziły sobie bitwę szczur i bezpański kot! Tym razem postanowiłem nie mówić Majkiemu, że szczury znów przypuściły atak, zawinąłem się w śpiwór i obserwowałem walkę. Sebastian (towarzyszący nam na tym etapie podróży) miał dość - zaczął więc rzucać poduszkami w rozjuszonego szczura, żeby wypłoszyć zwierzęta. Bez rezultatu. Dopiero pewien Francuz, obudzony jazgotem chwycił swoją poduszkę i cisnął nią w kota - wtedy walka została przerwana, a zwierzęta uciekły.
Istambuł to miasto dwóch kontynentów, położone na terenie dwóch krain historycznych - europejskiej Tracji i azjatyckiej Bitynii. Właśnie w azjatyckiej części Istambułu jest położony brytyjski cmentarz wojskowy Haydarpasa, gdzie pochowano brytyjskich żołnierzy poległych w Wojnie Krymskiej, a wśród nich spoczywa generał Marian Langiewicz, dyktator Powstania Styczniowego postać silnie powiązana z regionem świętokrzyskim (był on naczelnikiem- w owym czasie- województwa sandomierskiego), człowiek który - można by rzec - współtworzył historię naszej Ojczyzny, w Turcji znany jako Langie Bey. W dowód pamięci złożyliśmy kwiaty przy jego grobowcu.
Jak już wcześniej wspominałem u źródeł całego pomysłu wyprawy dookoła świata legła idea poszukiwania znamion polskości wszędzie, gdziekolwiek się znajdziemy. Oddawszy hołd pamięci zmarłych pragnęliśmy dotrzeć do żyjących na tych terenach Polaków. Powzięliśmy wiadomość, że na terenie miasta znajduje się polska osada, Polonezkoy, zwana dawniej Adampolem. Leży na obrzeżach Istambułu, w azjatyckiej części miasta. Trafić tam było trudno, z uwagi na koszmarne połączenie komunikacyjne, a właściwie jego brak, ale w końcu udało się. Znalazłszy ulicę o polsko brzmiącej nazwie wiedzieliśmy, że to miejsce, którego szukaliśmy. Zostaliśmy serdecznie przyjęci przez wójta Polonezkoy pana Fryderyka Nowickiego, który natychmiast zaprosił nas do siebie. Obok jego domu stoi stodoła, którą przerobił on na muzeum polskiej osady. Po wspólnym obiedzie odwiedziliśmy znajdujący się tam Polski Cmentarz Katolicki. Był to dzień uroczystości Święta Zmarłych. Spotkaliśmy tam konsula generalnego Polski w Istambule Grzegorza Michalskiego. Zostaliśmy ostrzeżeni, że zbliżające się wybory i związane z nimi rozmaite manifestacje mogą sprawić, że w mieście będzie niebezpiecznie - lepiej było więc ruszyć w dalszą drogę nie zwlekając. Wsiedliśmy do nocnego autobusu, który jechał w kierunku Kapadocji.
Zanim przejdę do wspomnień z kolejnych stadiów wyprawy, dodam jeszcze w ramach dygresji iż w Istambule zetknęliśmy się z pewną osobliwością dotyczącą czasu - nikt, zupełnie nikt nie potrafił powiedzieć nam która aktualnie jest godzina. Jedni posługiwali się czasem letnim, drudzy kierowali się czasem zimowym. Co prawda w mieście jest wiele zegarów powszechnie dostępnych, ale cóż z tego, skoro każdy z nich odmierza czas jak mu się podoba, w związku z czym każdy pokazuje inną godzinę. Pogubiliśmy się w tym zupełnie, ale na szczęście nie na tyle by nie wiedzieć że nasza podróż do Kapadocji rozpoczęła się ok północy i trwała do godzin popołudniowych.
Kraina ta przez wielu uważana jest za najpiękniejsze miejsce w Turcji. Po tym co tam zobaczyliśmy z pełnym przekonaniem podzielam taką opinię. Trudno jest przelać na papier wszystko, co człowiek odczuwa podziwiając tak niezwykłe piękno krajobrazu stworzonego przez potęgę żywiołu - Kapadocja bowiem to królestwo wulkanicznego pochodzenia skał tufowych. Tysiące km2 zostały przez aktywne przed milionami lat wulkany pokryte lawą, która z czasem przekształciła się w miękki tuf z domieszką, gdzieniegdzie bazaltu. Wiatr we współpracy z rzeką i deszczem pracowicie przez wieki rzeźbiły kolumny i filary, wycinały kręte wąwozy i budowały kominy skalne. Fantazyjne formacje, łagodnie pofalowane zbocza wzgórz, czy też ostro wybijające się w górę tufowe kolumny z bazaltowymi kapeluszami osadzone są w miękkim kobiercu roślinności, która choć skromna, z uwagi na stosunkowo suchy klimat, to obfituje w różne barwy, czym dodaje całości krajobrazu harmonii i dopełnia go. Jest to zapierające dech w piersiach widowisko natury trwające od milionów lat - księżycowa ziemia. Podziwiając rozpościerające się po horyzont widoki przychodzi mimowolnie myśl, że jest to świetna sceneria dla baśni. Z drugiej strony jest jakaś surowość w tym królestwie skał - surowość, która nie stanowiła wszakże przeszkody dla człowieka, który przed kilkoma tysiącami lat znalazł tam dla siebie miejsce do życia - dom i schronienie, podporządkował sobie tą dziką, milczącą ziemię wykuwając w skałach i pod ziemią całe miasta - w tym Derinkuyu- największe z nich, które po turecku oznacza "Głęboką studnię". Tam też zaniosły nas nogi. Derinkuju to podziemne miasto, złożone z pięciu kondygnacji, sięgających głębokości 60 m. Oszacowano, iż mogło dawać schronienie nawet 20 tysiącom ludzi. Połączone jest 8 kilometrowym tunelem z miastem Kaymakli (po turecku oznacza to "Śmietankowe Miasto"), które także w całości znajduje się pod ziemią. Wiele jest teorii na temat tego, jak i kiedy powstało zarówno Derinkuyu jak i sąsiadujące z nim miasta - wg jednej z teorii miasto wykuto w okolicach VIII-VII w. p.n.e., po czym zostało ono powiększone za czasów rządów Rzymian. Wg historyków podziemnych miast mogło być w Kapadocji nawet 200, większość z nich mieli wybudować chrześcijanie w czasach, gdy pod panowaniem rzymskim chrześcijaństwo było religią zakazaną.
Niesamowite jest to, że podziemne miasta nie są wyłącznie obiektami muzealnymi, które można jedynie zwiedzać - miasto bowiem żyje, wiele z pomieszczeń jest użytkowanych do dziś i zaadaptowanych na potrzeby turystów - wiele z nich służy dziś jako stajnie, piwnice, czy składy, a swoistą atrakcję stanowi nocleg w wydrążonych w ścianie pomieszczeniach. Tam właśnie zostaliśmy na nocny odpoczynek po 40 kilometrowym trekkingu. Spaliśmy w dość ciasnych pomieszczeniach, a każde było wyposażone w łóżka polowe.
Cudownym przeżyciem była możliwość podziwiania niezwykłego piękna Kapadocji z pokładu balonu - udaliśmy się na całodniowy rejs. Kiedy w jednej chwili jeden po drugim wzbijały się w niebo dziesiątki kolorowych statków powietrznych, a potem płynęły powoli i łagodnie wśród obłoków, można było poczuć się jak w bajce. W ten sposób dane nam było podziwiać wschód Słońca nad Kapadocją - słowa nie odzwierciedlą piękna, jakim wypełniona była ta chwila, na pewno zostanie w pamięci do końca życia. Podziwialiśmy księżycowe krajobrazy z lotu ptaka przez cały dzień. Potem, gdy nadchodził wieczór, szliśmy już wzdłuż drogi łapiąc auto stopa.

Dziś zapraszamy wraz z p. Jackiem Słowakiem do Iranu.

IRAN
Z Baku do granicy z Iranem dotarliśmy autobusem - dając odpocząć zdrożonym nogom. Było to pierwsze państwo na trasie naszej wyprawy, które nawiedzałem po raz pierwszy. Nie ukrywam, że były w nas pewne obawy dotyczące wjazdu do tego kraju i pobytu w nim. Wcześniej wiele czytaliśmy na temat panującej tam obecnie sytuacji społeczno-politycznej, narodziło się wiele pytań, na które nie potrafiliśmy udzielić jasnych odpowiedzi. Pytania o bezpieczeństwo, kwestia fundamentalizmu islamskiego... Na przejściu granicznym pojawił się problem - Majki miał w paszporcie wizę Stanów Zjednoczonych. Wzbudziło to podejrzliwość służby granicznej w taki stopniu, że zostaliśmy obaj zaprowadzeni na komisariat i przez półtorej godziny byliśmy przepytywani po wielokroć o cel przyjazdu, o to, co zamierzamy robić w Iranie, przy czym w powietrzu unosiła się atmosfera nieufności i wyraźnie widać było, że nasze wyjaśnienia, że jesteśmy podróżnikami zwiedzającymi świat nie przekonują funkcjonariuszy. Ostatecznie pomogło nam to, że w naszych paszportach mieliśmy wizy z wielu różnych państw, co przemawiało na poparcie naszych wyjaśnień. Zostaliśmy wpuszczeni do Iranu. Pogoda nam nie sprzyjała, około godz. 1 w nocy staliśmy przemoczeni do suchej nitki na jakimś samotnym przystanku, wszędzie wokół było pełno szczurów, które nie czując strachu przed ludźmi niemal wchodziły nam na nogi. Mokliśmy tak do rana. Wreszcie jednak udało się złapać jakiś pojazd- była to cysterna, którą zabierano mleko. Dojechaliśmy nią kilka kilometrów do autostrady, gdzie później zdołaliśmy "wymachać" transport do Teheranu. Zatrzymaliśmy się tam na trzy dni, nie dając sobie zbyt wiele czasu na odpoczynek - chcieliśmy zwiedzić jak najwięcej ciekawych miejsc. Trafiliśmy na największy w Iranie teherański bazar, gdzie aż kręciło się w głowie od ogromu ludzi i towarów. Z jednej trony kilometrowa (!) uliczka, gdzie rozłożono samą tylko biżuterię, na drugiej - morze dywanów, na trzeciej, prostopadle do dywanów -orzechy, przyprawy, na czwartej - koszule, czadory dla irańskich kobiet, chusty, tkaniny i wiele, wiele innych rzeczy. Można by długo wymieniać. Dotarliśmy też do imponującej marmurowej wieży Azadi, która jest symbolem Teheranu, wzniesiona dla upamiętnienia 2500-lecia powstania Imperium Perskiego. Otoczona jest ona kompleksem muzealnym obejmującym łącznie obszar 5000 m2. Zwiedzanie zajęło kilka godzin.
Z Shiraz udaliśmy się do Persepolis, by zwiedzić starożytne grobowce królewskie. W pewnym momencie zostaliśmy zaczepieni przez pewnego chłopaka, jak się okazało- Polaka imieniem Michał, stażystę w ambasadzie polskiej w Iranie. Jego uwagę zwróciły koszulki z nazwą naszego kraju, które mieliśmy na sobie. Podczas obiadu, który zjedliśmy w towarzystwie Michała dowiedzieliśmy się, że w Teheranie żyje pewna Polka- Henryka Lewczyńska, która od 40 lat stara się bezskutecznie o polski paszport. Niestety nasza radość z tej informacji została stłumiona komunikatem, że pani Lewczyńska nie udziela wywiadów. Nie udało się nam zorganizować z nią spotkania.
Z Michałem spotkaliśmy się ponownie kilka dni później w miejscowości Jazd - postanowiliśmy wspólnie zwiedzić starożytne miasto, o którym wielu mówi, że jest najstarsze na świecie. Najlepszą taktyka do zwiedzania tego miejsca to po prosu zgubić się - kręcić się po wąskich, klimatycznych uliczkach, skręcać w zacienione zaułki, zaglądać, oglądać, iść gdzie nogi poniosą, fotografować - szczególnie pięknie wychodzą na zdjęciach tzw. Łapacze Wiatru (bagghir)- wysokie kominy, które w istocie służą do klimatyzowania pomieszczeń w domach, stoją tutaj już od tysięcy lat i, o dziwo!, funkcjonują dziś tak samo jak w dniu, kiedy zostały zbudowane. Gorące irańskie powietrze zasysane jest do komina i kierowane do piwnicy budynku, gdzie ochładza się, mieszając z powietrzem wydostającym się z podziemnego tunelu z wodą. Wynalazek ten jest tak niezawodny, że przywożony zimą z gór lód może być z powodzeniem przechowywany w piwnicach przez całe upalne lato.
W Jazd spotkała nas niespodzianka - nasz nowy znajomy Michał oznajmił, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności pani Henryka Lewczyńska wreszcie uzyskała upragniony polski paszport. Może więc tym razem udało by się nakłonić ją na krótką rozmowę? Michał wrócił do Teheranu, a my w dalszą drogę - chcieliśmy bardzo znaleźć pewną przepiękną oazę, która podobno znajdowała się na pustyni gdzieś w okolicach miejscowości Tabas oddalonej jakieś 700 km od nas. Na autostop w Iranie zatrzymuje się niemal każdy, ale wszyscy kierowcy jak jeden mąż pytają zawsze o to samo: o wyznanie i o Koran. Z ostrożności staraliśmy się unikać jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie i być może dlatego trochę trwało zanim wreszcie złapaliśmy dużą ciężarówkę wiozącą pomarańcze. Tony pomarańczy. Przejechaliśmy nią 20 godzin, będąc dosłownie przykryci pomarańczami. Wszędzie pomarańcze. Zapasy w plecakach były na wyczerpaniu, więc jedliśmy te pomarańcze i spaliśmy w pomarańczach. Jedliśmy je prawie 2 dni, brzuchy potem bolały nas przez 4... ale nigdy już podczas wyprawy nie pachnieliśmy tak pięknie jak wtedy. Zapach pomarańczy prześladował nas później jeszcze długo.
Z Tabas trzeba było w jakiś sposób dostać się do oazy - wynajęliśmy miejscowego i po trzech godzinach, z pomocą naszych map dotarliśmy. Widok był rzeczywiście cudowny - na środku pustyni, w warkoczu gór- wyspa soczystej bujnej zieleni, przecięta wstęgą rzeki. Wśród tej zieleni moc owoców: ananasy, figi, kokosy, pomarańcze, kiwi, grejpfruty, mandarynki. Byliśmy bardzo głodni, a trafiliśmy na rajską ucztę. Wspaniałe miejsce na odpoczynek. Ale, jak to na pustyni - w dzień temperatura w Słońcu nawet 60oC, w cieniu - niewiele chłodniej, zaś z nocą nadchodzi dotkliwe zimno obniżające słupki rtęci blisko 0oC. Z powodu zimna nie zmrużyłem oka przez całą noc, w końcu około godziny 5 wyrwałem się z odrętwienia i poszedłem nazbierać owoców na śniadanie. Wyrwałem parę ananasów, a napotkawszy piękne drzewo figowca, wspiąłem się na nie, żeby posmakować jego owoców i zabrać trochę dla Majkiego. Jeden fałszywy ruch i w mgnieniu oka leżałem na ziemi przez chwilę nie wiedząc co się wokół dzieje. Poczułem przenikliwy ból w kostce - trafiłem na kamień, noga skręcona. Wróciłem do obozu, dla złągodzenia bólu trzymałem nogę w potoku. Zaraz też otrzymaliśmy wiadomość, na numer ze specjalnie kupionej karty (ku naszej wielkiej uldze w oazie jeszcze był zasięg), że Henryka Lewczyńska w końcu zgodziła się odbyć z nami rozmowę. Skoro tak, to należało natychmiast wracać. Szliśmy drogą godzinę, dwie - nic nie jechało, trzy - noga zaczęła mi puchnąć, dalej nic jechało, cztery, pięć - dalej nic, a noga bolała jak diabli, nie mieściła się w bucie, po szóstej godzinie marszu noga spuchła niewyobrażalnie, całkiem "wyszła z buta", a z powodu upału ból stawał się trudny do zniesienia. W termosach i bidonach mieliśmy zapasy zrobione z wody kokosowej, ale w tej spiekocie zdążyła się już kilka razy zagotować, więc nie nadawała się do picia. Koszmar. Jakby tego było mało w drodze zaczęło za nami iść stado kilkunastu pustynnych psów- było ich chyba ze 12. W końcu zaatakowały- rzucały się do kąsania, były tak natarczywe, że aby się bronić szliśmy plecy przy plecach - odpędzając je z dwóch stron. Wiedzieliśmy, że jeśli choć jeden z nich tylko kogoś draśnie i wypłynie krew, to reszta w szale w końcu rozszarpie nas na strzępy. W pewnym momencie zdołaliśmy odpędzić je na tyle, by zdjąć plecaki i móc dostać się do owoców, których całe szczęście - nawkładaliśmy tam wielkie ilości. Ciskaliśmy nimi z całych sił w nadbiegające psy- podziałało to na tyle, że w ciągu kilku następnych godzin powolnego marszu psy podążały za nami w pewnym oddaleniu. Kiedy nie było już za bardzo czym rzucać, Majki jeszcze raz przetrząsnął swój plecak i w jakiejś skarpecie znalazł cuchnącą już kanapkę z wędliną. Wziął zamach i rzucił ją przed biegnące stado. Psy, gdy tylko poczuły padlinę, rzuciły się jak szalone wyrywając sobie zdobycz z pysków. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś życie uratuje mi śmierdząca kanapka! Mieliśmy tylko kilka chwil, żeby jak najszybciej się oddalić. Noga okropnie bolała ale nie było chwili do stracenia, więc zacisnąłem zęby i biegłem. Zobaczyliśmy na drodze człowieka prowadzącego niewielki motor, zatrzymaliśmy go i wpakowaliśmy się człowiekowi z naszym ekwipunkiem na jego wehikuł tłumacząc szybko, że niedaleko są dzikie psy. Podwiózł nas do drogi asfaltowej, skąd już łatwiej można było złapać jakiś transport do Tabas. Droga była ciężka, byłem półprzytomny z powodu bólu nogi i zmęczenia, Majki dostał porażenia słonecznego, czuł się bardzo źle. Dowlekliśmy się do dworca autobusowego gdy była już noc, tam wsiedliśmy do autobusu do Teheranu.

Gdy przybyliśmy do Teheranu, wyszedł nam na przeciw Michał i oświadczył, że jeszcze tego samego dnia jesteśmy umówieni z Henryką Lewczyńską. Mimo potwornego zmęczenia nie mogliśmy stracić takiej okazji. Całe to zmęczenie minęło, gdy zaczęliśmy słuchać opowieści tej eleganckiej starszej pani - ma dziś 94 lata, mówi piękną czystą polszczyzną mimo iż z Ojczyzny wyjechała jako 6-letnia dziewczynka. Tym, co w życiu przeszła można by obdzielić kilka osób. Jest przy tym czarującą, bardzo skromną osobą. Pochodzi z rodziny inteligenckiej, w czym można upatrywać przyczyny zesłania jej rodziny na surowe ziemie Uralu. Jedynie dwie z jej sióstr nie zostały wywiezione - jedna była w szkole w Lublinie, druga przebywała w tym czasie u niej na wakacjach - w ten sposób uratowały od zsyłki. Przeżyła transport bydlęcymi wagonami, widziała śmierć ludzi w nieludzkich warunkach, gdy w 1941 r. na mocy układu Sikorski-Majski przywrócone zostały stosunki dyplomatyczne między Polską i ZSRR i zaczęto tworzyć armię polską pod dowództwem gen. Andersa, zaciągnęło się dwóch jej braci - dzięki temu młoda Henryka wraz z rodziną dostała szansę opuszczenia łagru w Permie. Oprócz niej na kilkumiesięczną pełną trudów tułaczkę udało się tysiące polskich rodzin z dziećmi (około 115 000). W czasie podróży wiele dzieci umarło z głodu i wycieńczenia. Lewczyńskim udało się przetrwać, ale po przyjeździe koszmar nie od razu się skończył. Pani Henryka wspominała, że po przyjeździe do Teheranu ludzie masowo umierali na skręt jelit - było to spowodowane tym, że wygłodzone, wycieńczone organizmy emigrantów nie były w stanie od razu przyjmować pokarmu, tak więc często gdy ludzie zaczęli jeść podawany im chleb, umierali w mękach. W owym czasie, u progu nowego życia śmierć zebrała obfite żniwo wśród polskich dzieci. Dziś spoczywają na cmentarzu we wschodniej części miasta na Polskim Cmentarzu. W późniejszych latach, gdy wojna dobiegała końca wielu wygnańców rozproszyło się po świecie szukając miejsca do życia m.in w Australii, w Nowej Zelandii, w Palestynie. Obecnie z grona ludzi, których pani Henryka znała, a którzy przybyli wraz z nią do Iranu, żyje jeszcze tylko jedna kobieta.
Dlaczego Isfahan jest nazywany "miastem polskich dzieci" - mając na uwadze powyższe, odpowiedź nasuwa się sama. Przybyłe dzieci, wśród których było bardzo dużo sierot zostały przewiezione do Isfahanu, gdzie zorganizowano polską szkołę, w której dzieci uczyły się i mieszkały. Uczyły się tam języka polskiego i życia na obczyźnie. Pani Henryka wyszła za Ormianina, ma dwóch synów, W Polsce była dotąd trzy lub cztery razy odwiedzić Kraków, Wieliczkę, Warszawę, Mazury - gdzie żyje jeszcze jej siostra.
Pani Henryka nie zamierza już wracać do Polski, choć bardzo kocha Ojczyznę, lecz tam już nie ma nikogo, kto by na nią czekał. Zapytana, dlaczego w takim razie tyle lat walczyła o polski paszport, odpowiedziała, że to ze względu na wnuki- chce, by nie zapomniały o swojej tożsamości narodowej, by pamiętały o Ojczyźnie, by były polskimi obywatelami. Dała nam wspaniałą lekcję patriotyzmu, to był zaszczyt móc poznać historię życia tej kobiety.
Z Iranu pamiętam jeszcze doskonale, że nigdzie indziej na świecie nie byliśmy tak często zaczepiani, (zwłaszcza przez kobiety!) niż tam właśnie. Co chwila ktoś nas zatrzymywał, aby chwilę porozmawiać po angielsku. Teheran zapamiętałem jako miasto niesamowicie zatłoczone i w równym stopniu zanieczyszczone.

Był już chyba wszędzie na świecie, co nie znaczy, że nie ma miejsc, których by nie odwiedził. Swoje wyprawy opisuje, a kilka z wielu wraz ze zdjęciami, którymi chciałby się podzielić udostępnił dla mieszkańców naszej gminy.
Raz w tygodniu ( w piątek - jako lektura na weekend), ukaże się na naszej stronie laczna.pl nowy artykuł ze zdjęciami z podróży p. Jacka. Oprócz tego, wszystkie relacje znajdą się na stronie głównej w zakładce „ Podróże p. Jaska Słowaka” Zachęcamy do czytania, bo opisane historie są bardzo ciekawe, czasem śmieszne, a czasem po prostu ściskające za serce. Kim jest pan Jacek? Mówi o sobie podróżnik z wyboru, a dla większości ludzi, która go zna to podróżnik z pasją.

Jacek Słowak – podróżnik, trener judo 1 dan, Ju-jitsu 2 dan, instruktor narciarstwa, Krav maga, płetwonurek, pasjonat kanioningu oraz wspinaczki. Nauczyciel akademicki w Społecznej Akademii Nauk. Od 30 lat związany ze środowiskiem akademickim w Kielcach. Od wielu lat zaraża pasją swoich studentów, z którymi podróżuje po całym świecie.
Prezes Stowarzyszenie Salutem, które organizuje wyprawy w najdalsze zakątki świata oraz propaguje zdrowy tryb życia . Organizator wielu akcji charytatywnych między innymi ,,Scyzoryki dla Afryki”, której celem była pomoc dzieciom z najbiedniejszych krajów Afryki. Zdobywca wielu prestiżowych nagród w tym Travelera w 2019 roku. Członek elitarnego klubu podróżniczego ,,Club 100”, w którym zajmuje 5 miejsce pod względem odwiedzonych państw (odwiedził 158 na 195 państw). Pierwszy Polak, który zamknął tzw. ,, Pętlę Afrykańską” objeżdżając Afrykę dookoła. Przyjaciel osób niepełnosprawnych. Uczy ich nurkować, jeździć na nartach oraz angażuje ich w swoje wyprawy. Ojciec czterech synów. Zamieszkały w Klonowie, Gmina Łączna.
Dziś wraz z p. Jackiem udamy się do...

BIRMA
Z Dhaki do Birmy, zwanej też Myanmar ("kraj silnych jeźdźców") dostaliśmy się drogą powietrzną - był to jedyny możliwy sposób, z uwagi na brak lądowego przejścia granicznego pomiędzy państwami.
Żywiliśmy wiele obaw w związku z Birmą. Wiedzieliśmy bowiem, że jeszcze do niedawna władza sprawowana była tam przez juntę wojskową, która co prawda w 2001 r. została oficjalnie rozwiązana, lecz nie wiązały się z tym faktem istotne zmiany w sferze personalnej - w dwuizbowym parlamencie generałowie i ich zwolennicy zajęli ok. 80% miejsc, zapewniając armii silną dominację w polityce. Prezydentem został wówczas bliski współpracownik przywódcy junty. Zmieniono nazwę państwa na Republikę Związku Mjanma. 8 listopada 2015 r. odbyły się w Birmie wybory parlamentarne, dając zwycięstwo Narodowej Lidze na Rzecz Demokracji. Jednakże zgodnie z konstytucją armia ma gwarantowane 25% miejsc w parlamencie. Jest to więc kraj w dobie przemian.
Wylądowaliśmy w porcie lotniczym Rangun (lot był krótki - 1,5 h). Niespodzianka - nie przyleciały z nami bagaże Majkiego. Ustalono, że na skutek błędu w pakowaniu torby Majkiego były już w drodze do Sajgonu w Wietnamie. Spektakl polegający na wytłumaczeniu obsłudze lotniska jak wyglądał bagaż, jego dokładne opisanie, tak by umożliwić identyfikację trwał 2 godziny. Zostaliśmy solennie zapewnieni, że odzyskamy bagaż, należało więc cierpliwie czekać. I zwiedzać. Podążyliśmy więc w głąb Yangon (dawniej Rangun). Po perypetiach indyjsko-bangladeskich z zadowoleniem odnotowaliśmy, że nikt tutaj nas nie nagabuje, próbując wcisnąć swój towar- nie było natarczywych zaczepek, których mieliśmy już serdecznie dość w poprzednich miejscach.
Miasto tętni życiem, jest tłoczno, głośno i panuje wrażenie ogólnego rozgardiaszu, cechy tak charakterystycznej dla azjatyckich metropolii. Jednak na pierwszy rzut oka widać, że pomimo atmosfery pośpiechu i nieuporządkowanej gonitwy w mieście jest dość schludnie w porównaniu z tym, co widzieliśmy poprzednio. Nie musieliśmy przeskakiwać pomiędzy górami śmieci - ulice są utrzymane w czystości, dwupasmowa asfaltowa szosa przedzielona pasem zieleni. Ładne samochody sunące powoli w korkach. To pierwsze, powierzchowne wrażenie. Pożytkując czas w oczekiwaniu na bagaże zaobserwowaliśmy, że i tutaj wyłaniają się kontrasty: wśród dobrej klasy hoteli, banków, siedzib międzynarodowych linii lotniczych - prymitywne sklepiki z desek, dalej - sczerniała od monsunowych deszczy, zaniedbana hinduistyczna świątynia Sri Kali. Na przeciwko niej rozległy bazar w sąsiedztwie gromady podupadających domów mieszkalnych. Obok reprezentacyjnych gmachów z czasów, gdy Birma była jeszcze brytyjską kolonią i nowoczesnego wielopiętrowego Szpitala Centralnego - na chodnikach, niekiedy rozłożone na płachtach wprost na ziemi suszone ryby, słodycze, owoce, różne drobne przekąski. Uliczne jadłodajnie pod zadaszeniami z płótna albo z plastikowej folii - gdzie można zjeść za bardzo niską cenę posiłek przy małym plastikowym stoliczku, siedząc na małym plastikowym krzesełku.
Ogólnie rzecz ujmując- jeśli chodzi o Birmę, to będąc tam nie musieliśmy martwić się o wydatki - ceny są bowiem w Birmie bardzo niskie, zakup żywności wiązał się z wręcz symbolicznymi kosztami. Ponadto - Birma to pierwsze państwo odkąd opuściliśmy Gruzję, gdzie na półkach sklepowych znajdował się jakikolwiek alkohol. Przejeżdżając prze Iran, Azerbejdżan, Indie i Bangladesz, niemożliwością było nabycie choćby słabego piwa. Zatrzymując się na chwilę przy kwestii kulinariów. Potrawy kuchni birmańskiej cieszą oko i podniebienie. Przede wszystkim paleta dań jest bardzo bogata, bardzo różnorodna. Jada się tam bardzo dużo ryżu, drugim powszechnie spożywanym składnikiem potraw są sosy rybne. Ryż bywa tam gotowany, pieczony, smażony, podawany na sucho albo zmielony. Z ryżowej mąki przyrządza się różnej grubości makarony. Przysmakiem Birmańczyków jest smażony ryż - ugotowany na sypko ryż podsmażany jest z zielonym groszkiem, marchewką, cebulą i jajkiem. Często można spotkać wzbogacone wersje tej potrawy - np. z dodatkiem smażonego mięsa, czy też przyprawione pastami chili. Wyśmienitym posiłkiem jest makaron ryżowy smażony z warzywami i mięsem. W Birmie można zjeść w zasadzie każdy rodzaj mięsa - od znanych nam: drobiowego (bardziej popularne w centralnej i północnej części kraju), wieprzowego (unikane przez birmańskich muzułmanów), wołowiny (której z kolei nie jadają birmańscy buddyści) - po egzotyczne i kontrowersyjne w naszym kręgu kulturowym - np. mięso szczura, czy węża. Przekonaliśmy się, że Birmańczycy są miłośnikami sałatek wszelakich - trudno się dziwić, bo tamtejsze kompozycje warzywno- owocowe są naprawdę przepyszne - jak np. orzeźwiająca sałatka z dojrzałych pomidorów, delikatnego avocado, cebuli polana sosem z oliwy i limonki, posypana pokruszonymi orzeszkami ziemnymi. Bardzo smakowała nam także sałatka z makaron, suszonych krewetek oraz poszatkowanej kapusty i marchewki przyprawiona obficie sosem z oleju arachidowego, soku z limonki i sosu rybnego. Często do sałatek podawano imbir, kefir lub laphet, czyli kiszone listki herbaty. Birmańczycy kochają owoce i warzywa, dlatego ich kuchnia jest tak różnorodna. Ciekawostką jest popularność jaką w Birmie cieszą się...truskawki. W centralnej części kraju uprawia się je na plantacjach. Oprócz tego można tam cieszyć się smakiem owoców tropikalnych, jak: papaja, lichi, mangostan, durian, rambutany. Jeśli chodzi o desery - to w tej materii Birma oferuje nam dość oryginalne zestawienie smaków: obok ciasteczek nadziewanych kokosem, rodzynkami czy bananami można spróbować słodkości z nadzieniem rybnym lub krewetkowym. Ich degustacja wymaga nieco kulinarnej odwagi.
Co się tu pija? Sztandarowym napojem jest sok z trzciny cukrowej w trzech wersjach: klasyczna - bez dodatków, treściwa mieszanka soku z trzciny, ryżu i wiórek kokosowych oraz wersja dla odważnych - sok trzcinowy z jogurtem.
W trakcie zwiedzania kraju często podjadaliśmy sfermentowane ziarna fasoli smażone na głębokim oleju - birmańskie chipsy, które trzymaliśmy zawsze pod ręką jako szybką przekąskę.
Jak już wcześniej wspominałem potrawy w przeważającej mierze serwowane są na ulicznych straganach, w prowizorycznych budkach, gdzie nikt nie przejmuje się zbytnio normami sanitarnymi - aby skosztować autentycznej birmańskiej kuchni unikając hotelowych barów, gdzie brak już takiej różnorodności, należy przełamać początkowe obawy o ryzyko zatrucia pokarmowego. Warto odważyć się i spróbować, a bardzo dobrym środkiem zapobiegającym ewentualnym problemom żołądkowym jest mała szklaneczka birmańskiej whisky po obiedzie. Każdego, kto odwiedza Birmę polecam gorąco zakosztować jej smaków, bo są niepowtarzalne.
Wracając do wspomnień z Yangon przed oczy wraca obraz przepięknej pagody Shwedagon - gigantycznej wysokiej na 100m stupy, okrytej złotem. W wieczornej aurze wraz z otaczającymi ją pięknymi figurami Buddy, posągami tajemniczych postaci oraz wieloma mniejszymi stupami Shwedagon prezentuje się cudownie. Jest to jedno z trzech najświętszych dla Birmańczyków miejsc. Istnieją hipotezy, że początki Shwedagon sięgają aż 2500 lat przed Chrystusem. Zwiedzając złotą stupę musieliśmy mieć zakryte nogi (wymóg dla obu płci), w przeciwnym razie groziło nam paradowanie w longyi - długich birmańskich spódnicach, będących tam tradycyjnym strojem męskim. Ilość zgromadzonego w tym miejscu złota sięga ponoć 9 ton! Zwiedziliśmy także fantazyjnie zdobioną pagodę Sule, jedną z najstarszych na świecie - leży ona w centrum Yangon, tuż przy ruchliwym skrzyżowaniu, nad którym przebiega kładka prowadząca do pagody. Spośród wielu buddyjskich świątyń wybraliśmy Chauk Htat Gyi Pagoda, gdzie znajduje się olbrzymi posąg leżącego buddy. Figura rzeczywiście imponuje rozmiarem, ma 72 metry, a świątynia, w której leży Budda bardziej przypomina hangar lub ogromny magazyn. Zawitaliśmy również do pagody Maha Wizaya - i znów zachwycaliśmy się jej pięknem i harmonią. Są takie miejsca w Yangon, które jakby żywcem wyjęto z księgi "Baśni Tysiąca i Jednej Nocy" - część z nich już wymieniłem, a muszę powiedzieć jeszcze o Karaweik - bajecznym, kapiącym od złota pałacu położonym nad Jeziorem Kandawgyi. Cała budowla została osadzona na dwóch potężnych złotych łodziach-smokach, co sprawia wrażenie, jakoby pałac zaraz miał odpłynąć. W Muzeum Kamieni i Klejnotów oglądaliśmy piękne kolekcje rubinów, szafirów, pereł i jadeitów.
Odzyskaliśmy bagaże w trzecim dniu zwiedzania Yangon.
Pora teraz na małą dygresję: przed wyjazdem na wyprawę zdołaliśmy się zorientować, że wszelkie dochody z turystyki praktycznie w 100% są przekazywane państwu, co oznacza faktyczne wspieranie wojska i reżimu, którego choć oficjalnie nie ma, to jego opary wciąż unoszą się nad Birmą. Postanowiliśmy więc z Majkim, że pieniędzmi przeznaczonymi na birmański etap wyprawy będziemy gospodarować w taki sposób, aby w całości trafiły one do rąk zwykłych ludzi, a nie jako dofinansowanie reżimu. Choć budżet mieliśmy bardzo skromny, to nie chcieliśmy, by do kieszeni armii trafiło więcej niż będzie to bezwzględnie konieczne. I to zamierzenie konsekwentnie realizowaliśmy już będąc na miejscu, z jednym wyjątkiem - kiedy trzeba było przejechać jakoś z Yangon do Bagan. Pociągiem. Bilety kolejowe kupował Majki. Cieszył się, bo zdobył najtańsze. Tej jazdy nie zapomnę do końca życia. Przypomnijmy sobie warunki, jakie panowały w PKP w okolicy lat 60 XX w. Już? Nie sądziłem, że kiedykolwiek zatęsknię za tamtym PRL-owskim luksusem. W pociągu - to już chyba azjatycki standard - kury, gęsi, kaczki. One na podłodze, my na ławkach zbitych z desek. Przy każdym łączeniu szyn podskakiwaliśmy chyba pół metra w górę, by przyrżnąć w sufit. Kaczki, kury i gęsi też podskakiwały. Stresowały się. Po kilku godzinach tych atrakcji ławka w końcu się pode mną złamała, a Majki zrozpaczony rozpakował karimatę i położył się na niej, chowając się pod siedzeniem - żeby droga lotu w górę była krótsza i nie tłuc tak ciągle głowy. Tak więc leżał i obijał się. I tak przez 14 godzin! Gdy dotarliśmy do Bagan nie mogliśmy przypomnieć sobie jak się chodzi...

Numery kont bankowych:

Opłata za śmieci: 

68 8520 0007 2003 0029 4018 0019

Pozostałe podatki: 

69 8520 0007 2003 0029 4018 0001

ZGK - opłata za wodę i ścieki: 

64 8520 0007 2003 3000 3091 0001

Projekty realizowane z Funduszy Europejskich

ue1

dofinansowanie polska

COVID-19

covid

Mapa gminy

37

tvs logo bottom

FPWS logo m

akademia przedsiębiorczości

Akademia Przedsiębiorczości

bip

logotekstura bez tła